W lipcu razem ze starszym synem Adamem przeszliśmy dookoła Langisjór – jeziora ukrytego głęboko w islandzkim interiorze, na skraju Vatnajökull. Była to kontynuacja naszej wyprawy szlakiem Laugavegur w lipcu zeszłego roku. Jezioro ma ponad 20 km długości, 27 km² powierzchni i jest dziś jednym z najczystszych górskich jezior Islandii. Otaczające je długie, wulkaniczne grzbiety tworzą krajobraz, którego właściwie nie da się pomylić z żadnym innym miejscem.
To nie jest Islandia wodospadów przy parkingu, zatłoczonych punktów widokowych i krótkich spacerów od samochodu. Tutaj są przede wszystkim przestrzeń, wiatr, czarny pumeks, zielone góry, niebieska woda i w tle biały Vatnajökull. I bardzo niewielu ludzi. A w zasadzie zero ludzi, gdyż nie spotkaliśmy innych wędrowców.
Jezioro nie jest łatwo dostępne. Leży głęboko w islandzkim interiorze, a dostępu do niego broni kilkanaście rzek. Konieczny jest zatem samochód 4×4 z dużym prześwitem i umiejętność przekraczania brodów. My jechaliśmy Dacia Duster i o dziwo nie było większych problemów. Wystarczyłby jednak silniejszy opad deszczu i byłby kłopot. Wyspa była jednak dla nas łaskawa. Najlepiej wybrać drogą od Landmannalaugar – jest bardziej przejezdna niż droga z południa.
Nasz plan zakładał dużo czasu na trekking wokół jeziora. Wszystko oczywiście mieliśmy nieść na swoich własnych plecach. Od namiotu po jedzenie i gaz, o ubraniach i sprzęcie foto nie mówiąc. Ale islandzka pogoda pokrzyżowała nam te plany i trekking dookoła jeziora zrobiliśmy w mniej niż 48 godzin z dwoma noclegami po drodze. Przeszliśmy na nogach 60 km z 1790 metrów przewyższenia. Łączny czas na nogach to prawie 19h, z tego aktywnego chodzenia było prawie 14h. reszta to sen organizacja kampingu.
Początkowo nic nie zapowiadało takiego scenariusza. Gdy dojechaliśmy do Langisjór słońce przedzierało się przez chmury, wiatr był umiarkowany. U podstawy jeziora jest niewielki kemping z miejscem na namiot. Są też toalety i budka strażników, którzy tutaj zaglądają od czasu do czasu. Krajobraz jest z tych surowszych, choć przy jeziorze widać już zielone góry i pagórki. Zmęczeni po całym dniu podróży poszliśmy spać. Poranek przywitał nas mgłą i widocznością na 200 metrów. Pójdzie w góry w taką pogodę to samobójstwo, tym bardziej, że szlak nie jest oznakowany i jak się później okazało, bardzo łatwo się zgubić. A to nie jest wyprawa po brzegu jeziora. Postanowiliśmy zatem odpuścić. Prognoza pokazywała, że za 3 dni powinna wrócić lepsza pogoda. Wróciliśmy zatem do cywilizacji znowu przedzierając się przez liczne rzeczne brody. Przez 3 następne dni podziwialiśmy bardziej dostępna islandzka przyrodę.
Kiedy wróciliśmy nad jezioro pogoda była o wiele lepsza. Dotarliśmy około południa i po krótkich przegotowaniach oraz posiłku ruszyliśmy ok. 16.00 z zamiarem dotarcia tego dnia jak najdalej. Wybraliśmy prawą stronę jeziora, gdyż wydawała się przyjemniejsza pomimo wysokich gór wiszących nad jeziorem. Była też bliżej. Początkowo idzie się wzdłuż jeziora, ale ścieżka szybko zaczyna się wspinać po zboczach i po kilku kilometrach tracimy już taflę Langisjór z oczu. Mijamy inne liczne jeziora i jeziorka położone wzdłuż Langisjór. Czasami podejścia są strome i eksponowane, ale idzie się pewnie. Coraz trudniej jednak znaleźć ścieżkę i w pewnym momencie zaczynamy iść wg mapy. Słońce jest juz nisko i oświetla poszczególne elementy otaczających nas gór. Jest pięknie. Cisza wokół nas jest namacalna. Nie ma żadnych odgłosów cywilizacji, nawet wiatr ustał. Po trawersie kolejnego jeziora postanawiamy rozbić namiot. Jest już późno i czujemy coraz większe zmęczenie. Wokół nas rozciąga się duże, piaszczyste plateau. Znajdujemy kilka kamieni, aby zabezpieczyć linki namiotu i czeka nas kolacja. Jak zwykle na tego rodzaju wyjazdach spożywamy liofilizaty. Ale Adamowi nie przypadają do gusty – pamięta nasza ostatnią wyprawę na Islandię, gdzie przez 10 dni posilaliśmy się praktycznie tym i czekoladą. Wiatr zaczyna lekko wiać, słońce już skryło się za odległymi górami. nadal jest jasno jak to na islandii w lipcu. Idziemy spać.
Pozwalamy sobie na sen do 8 rano. O 9 jesteśmy już po śniadaniu, porannej oblucji i pakujemy namiot. Pogoda dobra nie pada, niebo co prawda zachmurzone, ale mają być mocne przejaśnienia. ruszamy żwawo. Ścieżka jest coraz częściej niewidoczna, Droga to pnie się do opada w dół. Pod koniec tej strony jeziora teren jest coraz trudniejszy i coraz trudniej znaleźć drogę. Musimy przejść wysokie góry, gdzieś tam czai się przełęcz, której nie widać, a później rzeka z wodospadem, która musimy przekroczyć. Po wejściu na kolejną górę odsłania nam się widok na lodowiec Vatnajökull. Widoki są bardzo rozległe. Myślę, że 50 lat temu były jeszcze wspanialsze, ale ocieplenie klimatu uszczknęło już dużo z lodowca. Idziemy dalej praktycznie cały czas pod górę. Gubimy się. Po analizie mapy i otaczających nas gór wracamy kawałek i z sercem na ramieniu wspinamy się na wysokie wzgórze. Tam znajdujemy przełęcz i mizerną ścieżkę, która wyprowadza nas nad kolejne górskie jeziorko i rzekę. Tuż za nią jest już brzeg Langisjór. Rzeka jest całkiem szeroka – ma jakieś 15 metrów szerokości warki nurt. Widać, że w niektórych miejscach jest całkiem głęboka. Po krótki rekonesansie znajduje piaszczysta łachę mniej więcej pośrodku rzeki. to będzie nas przystanek podczas jej pokonywania. Ubieram crocsy, ładuję wszystko do plecaka, podwijam nogawki i w drogę. Woda zimna strasznie, ale bez większych przeszkód udaje mi się przejść na łachę. Stamtąd rzucam klapki Adamowi, który po chwili do mnie dołącza. Później powtarzamy ten sam schemat. Jesteśmy po drugiej stronie rzeki. teraz ostro wbijamy pod górę dochodząc do brzegu jeziora. Jest duża ekspozycja i lekko niepewny grunt, ale udaje nam się przejść stosunkowo szybko przez ten wymagający odcinek. Na pechowców 50 metrów niżej czeka jezioro. Myślę, że w deszczu może to być bardzo trudne wobec usuwające się i niestabilnej ziemi. Znowu wchodzimy w góry i tracimy jezioro z oczu. Po kilkudziesięciu minutach dochodzimy wreszcie do kolejnej małej przełęczy i widzimy już koniec jeziora. Schodzimy w dół. Czas na posiłek.
Na krańcu jeziora jest mały parking i kilka ławek. Można tutaj przyjechać samochodem 4x$ z bardzo wysokim prześwitem. Spotykamy dwóch motocyklistów, którzy są pod wrażeniem naszej drogi. Oni sami mają już bardzo mało paliwa i się zastanawiają czy dotrą do cywilizacji. Naradzamy się co dalej. Moglibyśmy tutaj zostać na noc, ale to będzie oznaczało bardzo długą drogę następnego dnia, a chcemy jutro zakończyć nasz trekking. Postanawiamy zatem ruszczyć dalej, przejść na drugą stronę jeziora i dotrzeć tak daleko jak nam starczy sił. Krajobraz zmienia się nie do poznania. Opuszczamy wysokie, zielone góry i jeziorka i wchodzimy w piaszczystą, pumeksową i czarną pustynię oddalając się od jeziora Langisjór. Mamy plan dotrzeć do ścieżki, która idzie po granii po wzgórzach wzdłuż jeziora bo to jest najkrótsza droga. Ścieżki nie udaje nam się jednak znaleźć. A wzgórza nie wyglądają zachęcająco. Zostaje nam zatem droga prze pustynie, która oczywiście nie jest płaska, tylko wije się po większych i mniejszych wzgórzach. Idziemy pod drodze dla samochodów 4×4, która dociera do wspomnianego parkingu. Spotykamy jeszcze strażników w ich pickupie, którzy robią obchód. Po dwóch godzinach postanawiamy rozbić namiot. Akurat jesteśmy na stosunku płaskiej powierzchni trochę osłoniętej od wiatru, który zaczął się wzmagać. Rozbijamy namiot i idziemy spać.
Spanie to jednak eufemizm. Wiatr zaczyna mocno wiać i jest po prostu głośno. Ściany namiotu chodzą to w jedną, to w drugą stronę. O namiot się nie obawiam, to porządny Fjällräven Abisko Shape przygotowany na takie warunki. Ale hałas nie daje nam spać. rano wstajemy bardzo wcześniej. mały posiłek i ruszamy w drogę. Słońce miło świeci, wiatr nie jest już taki silny, choć czasami potrafi dmuchnąć. Po horyzont nie widzimy żadnej żywej duszy. Droga wije się wśród wzgórz. Musimy wejść na najwyższy punkt tego dnia, z którego ma się rozciągać widok na całe jezioro Langisjór. Gdy dochodzimy jednak do skrzyżowania z którego prowadzi droga na ten szczyt, to jesteśmy już bardzo zmęczeni. A szczyt oznacza mały detour na ok. 1h. Z plecakami. Rezygnujemy i idziemy dalej. Adaś dalej radę ale jest już coraz bardziej zmęczony. Spotykamy … rowerzystę, a później samochód 4×4. Zabieram plecak Adasia i teraz niosę dwa. Pokonujemy kilometr za kilometrem, oszczędzamy wodę, bo tutaj na tej pustynie nie ma szans, aby ją uzupełnić. Zostało nam kilka kilometrów do krańca jeziora, gdy podjeżdża samochód, który mijaliśmy dawno temu. Uznaję, że dalsza walka z pustynią i wiatrem nie ma sensu i udaj nam się złapać stopa na końcówce drogi. Po 20 minutach mozolnej jazdy docieramy na parking.
Zrobiliśmy to. jestem dumny przede wszystkim z Adasia, który dał radę w tak trudnym ternie niosąc wszystko na swoich plecach. Z siebie trochę również bo jak na prawie 50-latka czuję się bardzo dobrze.
Poniżej krótkie fotograficzne podsumowanie naszej trasy do i wokół jeziora Langisjór. Zdjęcia oczywiście nie oddają ani skali tego miejsca, ani poczucia kompletnego odcięcia od reszty świata. Ale może choć trochę pokażą, dlaczego warto było tam dotrzeć. Miałem tylko jeden aparta i dwa obiektywy aby do minimum ograniczyć ciężar, bez statywu.
Możecie zobaczyć również krótki film z trasy z aplikacji Alltrails.






















Leave a reply