Irlandia jest jednym z tych miejsc, które nie pozostawiają mnie obojętnym. Byłem tam kilka razy i prawie zawsze miałem ze sobą aparat. Trudno zresztą go nie zabrać. Irlandzki krajobraz bez przerwy przyciąga wzrok: zmieniającym się światłem, nisko przesuwającymi się chmurami, zielenią i wodą, która jest właściwie wszędzie.
Najbardziej urzeka mnie spotkanie skał z Atlantykiem. Nieruchomy, surowy ląd i woda, która nigdy się nie zatrzymuje. W hrabstwie Kerry można obserwować to niemal bez końca. Na półwyspach Dingle, Iveragh czy Beara droga raz biegnie wysoko nad oceanem, a chwilę później schodzi prawie do samego brzegu. Za kolejnym zakrętem pojawia się zatoka, plaża, skalisty cypel albo samotna wyspa wynurzająca się z morza. Są tam miejsca, które trudno później wyrzucić z pamięci.
Kiedy więc zupełnie przypadkiem trafiłem na album „Kingdom” Normana McCloskeya, właściwie od razu wiedziałem, że chcę mieć go na swojej półce. Wystarczył sam temat: Kerry, ocean, półwyspy, Skellig Michael i zachodni kraniec Europy. Wszystko to, czego sam szukałem podczas swoich podróży po Irlandii i co najbardziej lubię fotografować.
„Kingdom” nie jest jednak po prostu zbiorem pięknych widoków z jednego z najbardziej malowniczych regionów kraju. To efekt ponad trzydziestu lat powracania w te same miejsca, o różnych porach roku i przy bardzo różnej pogodzie. Taki kontakt z krajobrazem musi zmieniać sposób patrzenia. Z czasem przestaje chodzić wyłącznie o znalezienie najbardziej spektakularnego kadru. Ważniejsze stają się znajomość miejsca, cierpliwość i dostrzeganie drobnych zmian.
I chyba właśnie to najbardziej lubię w fotografiach McCloskeya. Nie wszystkie opierają się na niezwykłym świetle, dramatycznej pogodzie czy idealnie uchwyconym momencie. Nie każda fotografia próbuje być osobnym wydarzeniem. Nie każda chce natychmiast zatrzymać widza intensywnym kolorem albo efektowną kompozycją.
Za to we wszystkich jest spokój.
McCloskey nie fotografuje Kerry jak przybysz, który ma kilka dni i chce w tym czasie zobaczyć oraz sfotografować wszystko. Czyli trochę tak jak ja. Patrzy jak ktoś, kto ten krajobraz dobrze zna i nie musi niczego na nim wymuszać.
Na wielu zdjęciach morze jest niemal nieruchome. Na innych fale układają się w spokojny, powtarzalny rytm. Nawet ciężkie chmury, mgła czy deszcz nie tworzą poczucia zagrożenia. Są po prostu częścią tego miejsca. W Irlandii pogoda nie jest przeszkodą w fotografowaniu. Jest jednym z najważniejszych elementów krajobrazu.
Najlepiej pasuje mi tu angielskie słowo *tranquility*. To coś więcej niż cisza. To rodzaj wyciszenia, przy którym krajobraz przestaje być widowiskiem, a staje się przestrzenią, w której można na chwilę zwolnić. Oglądając ten album, nie mam wrażenia, że autor chce mnie czymś za wszelką cenę zachwycić. Raczej zaprasza, żebym został w tych miejscach trochę dłużej.
Współczesna fotografia krajobrazowa często opiera się na intensywności. Szuka najlepszego światła, najbardziej dramatycznej pogody, idealnie ułożonych chmur i miejsca, które natychmiast przyciągnie uwagę w mediach społecznościowych. „Kingdom” działa inaczej. Te fotografie nie krzyczą i nie konkurują ze sobą. Układają się w spokojną opowieść o jednym regionie, poznawanym nie podczas pojedynczej podróży, ale przez znaczną część życia.
Dlatego album można oglądać również jako zapis przywiązania do miejsca. McCloskey fotografuje Kerry nie tylko dlatego, że jest piękne. Fotografuje je także dlatego, że stało się jego własnym krajobrazem: przestrzenią powrotów, wspomnień i osobistych doświadczeń. Te zdjęcia mówią więc nie tylko o geografii, ale również o czasie i o tym, jak wielokrotnie odwiedzane miejsce powoli staje się częścią człowieka.
Rozpoznaję w nich Irlandię, którą sam pamiętam. Nie tylko tę z najbardziej znanych punktów widokowych, ale też tę pomiędzy nimi: puste drogi, niewielkie zatoki, mokre skały i oczekiwanie, aż deszcz choć na chwilę ustąpi. Irlandię, w której można przez kilka godzin jechać wśród chmur i szarości, a potem nagle zobaczyć, jak fragment wybrzeża rozświetla się na kilkadziesiąt sekund.
Nie jest to dla mnie album o miejscach, które trzeba odwiedzić i zaznaczyć na mapie. To album o patrzeniu bez pośpiechu. O powracaniu do tego samego krajobrazu. I o spokoju, który czasami można znaleźć pomiędzy skałami, chmurami i Atlantykiem.





Leave a reply