Trudno w to uwierzyć, gdy patrzy się na Grenlandię zimą, ale każdego roku jest tu coraz mniej lodu. Ubywa zarówno lądolodu pokrywającego większą część wyspy, jak i lodu morskiego, który przez stulecia sezonowo skuwał wybrzeża i fiordy. Ponad trzydzieści pięć lat temu po raz ostatni można było przejść po lodzie z Ilulissat na wyspę Disko. Od tego czasu zwarta pokrywa lodowa nie tworzy się już tam nawet podczas wyjątkowo mroźnych zim.
Podobne zmiany obserwowane są także dalej na północy. Granica bezpiecznego lodu przesuwa się, okres jego występowania staje się krótszy, a warunki coraz mniej przewidywalne. Nie jest to jedynie przemiana krajobrazu. Dla mieszkańców Grenlandii lód morski nigdy nie był dekoracją ani abstrakcyjnym symbolem Arktyki. Był drogą, miejscem polowań, częścią gospodarki i codziennego życia. Jego zanikanie oznacza zatem nie tylko zmianę przyrodniczą, lecz także stopniowe przeobrażenie sposobu funkcjonowania lokalnych społeczności.
W marcu spędziłem na Grenlandii ponad dziesięć dni. Najpierw w Ilulissat, później w Uummannaq – niewielkim miasteczku położonym znacznie dalej na północ, u stóp charakterystycznej góry przypominającej kształtem serce. Wyspa była skuta mrozem. Temperatury spadały do minus dwudziestu kilku stopni, a wiatr, szczególnie po zmroku, potęgował wrażenie zimna. Powietrze było ostre i suche, światło zimowe niskie, a kolory ograniczone niemal wyłącznie do błękitów, bieli, szarości i ciemnych ścian gór.
W przeciwieństwie do okolic Ilulissat fiord wokół Uummannaq był jednak w dużej części pokryty lodem morskim. Zwarta biała powierzchnia ciągnęła się kilometrami, przerywana jedynie wąskimi pasami otwartej wody i ciemniejszymi fragmentami świeżo zamarzniętej tafli. Dzięki temu można było przemieszczać się po fiordzie.
Z daleka, zwłaszcza ze zbocza góry albo z powietrza, lód morski wydaje się niemal idealnie płaski. Wygląda jak spokojna, jednolita przestrzeń, na której od czasu do czasu wyrastają wmarznięte góry lodowe. Dopiero gdy stanie się na jego powierzchni, ta pozorna prostota znika.
Lód jest pełen szczelin, uskoków i spiętrzeń. Pęka, przesuwa się i nachodzi na siebie. Tworzy ogromne płyty, których krawędzie unoszą się pod naciskiem kolejnych warstw. W niektórych miejscach przypomina popękaną kamienną posadzkę, w innych pole zastygłych odłamków. Fragmenty lodu ustawiają się pionowo, klinują pod różnymi kątami albo tworzą długie, nieregularne wały. To, co z oddali było pustą białą równiną, z bliska zamienia się w skomplikowany tor przeszkód.
Fotografowanie tego krajobrazu wymagało ciągłego zmieniania skali. Raz głównym tematem były ogromne ściany gór otaczające fiord, innym razem pojedyncze pęknięcie, cień pod lodową płytą albo cienka linia turkusowego lodu widoczna pod warstwą śniegu. Na jednym zdjęciu człowiek widzi przede wszystkim przestrzeń, na innym – materialność lodu: jego ciężar, grubość, kruchość i nieustanny ruch.
To właśnie ta sprzeczność wydawała mi się najbardziej przejmująca. Wokół Uummannaq lód był wszędzie. Wypełniał fiord, zmieniał sposób poruszania się po okolicy i całkowicie dominował krajobraz. Patrząc na niego, łatwo było odnieść wrażenie, że Arktyka pozostaje niezmienna, trwała i odporna na upływ czasu.
Zapraszam na kilka zdjęć z tego poznawania lodu.


















Leave a reply