Nie fotografuję zwierząt. A przynajmniej nie jest to temat, którego świadomie szukam podczas swoich wyjazdów. Zdecydowanie bliższy jest mi krajobraz, przestrzeń, światło i pogoda. Mimo to zdjęcia oraz albumy Vincenta Muniera od lat zajmują szczególne miejsce w mojej kolekcji.
Pisałem już na mojej stronie o jego „Solitudes”, „Adelie” oraz „Tibet mineral animal”. Teraz przyszła kolej na wydaną w 2023 roku monografię. To podsumowanie 35 lat fotografowania i podróżowania Muniera. W albumie znalazło się ponad 300 zdjęć, zarówno tych dobrze znanych, jak i niepublikowanych.
Co tak bardzo podoba mi się w jego fotografii?
Przede wszystkim sposób, w jaki pokazuje zwierzęta. Bardzo często nie są one głównym i jedynym tematem zdjęcia. Nie wypełniają całego kadru. Nie patrzymy z bliska w oko wilka, niedźwiedzia czy ptaka. Zwierzę bywa niewielkie, czasami trzeba go wręcz poszukać. Jest częścią większej przestrzeni, podobnie jak skały, śnieg, las czy mgła.
Bardzo lubię takie zdjęcia.
Zwierzę nie zostaje wyrwane ze swojego świata i umieszczone przed jednolitym, całkowicie rozmytym tłem. Widzimy miejsce, w którym żyje. Możemy poczuć skalę i surowość tego miejsca. Niekiedy dopiero obecność niewielkiej sylwetki pozwala zrozumieć ogrom krajobrazu. Bez niej byłby to nadal dobry kadr. Ze zwierzęciem zaczyna jednak opowiadać historię.
Fotografia Muniera jest pod tym względem bardzo bliska fotografii krajobrazowej. Kompozycja, światło oraz atmosfera miejsca mają równie duże znaczenie jak sam bohater zdjęcia. Czasami chyba nawet większe. Zwierzę nie konkuruje z krajobrazem. Ono do niego należy.
Monografia dobrze pokazuje tę konsekwencję. Zmieniają się gatunki i miejsca, ale pozostaje ten sam sposób patrzenia. Arktyka, Antarktyda, Wyżyna Tybetańska, Kamczatka czy rodzinne Wogezy nie są dekoracją ustawioną za zwierzęciem. Są pełnoprawnym tematem fotografii.
Jest jeszcze drugi powód, dla którego bardzo cenię Muniera.
Imponuje mi ilość czasu, jaką poświęca na wykonanie zdjęcia. Wielodniowe oczekiwanie, tropienie zwierząt, powroty w te same miejsca, zimno i fizyczne zmęczenie. Do tego ogromna niepewność, czy po całym tym wysiłku w ogóle uda się zrobić fotografię. Można przejechać tysiące kilometrów, spędzić wiele godzin w ukryciu i wrócić bez zdjęcia, które warto pokazać.
W czasach, w których prawie wszystko chcemy otrzymać natychmiast, takie podejście robi na mnie szczególne wrażenie. Munier daje sobie czas. Nie próbuje podporządkować przyrody własnym planom. To on dostosowuje się do rytmu miejsca i zwierząt. Czeka, obserwuje i przyjmuje to, co danego dnia może dostać.
Oczywiście sam wysiłek nie wystarczy, aby powstało dobre zdjęcie. Trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie stanąć, co pozostawić w kadrze i kiedy nacisnąć spust migawki. Munier potrafi wykorzystać krótką chwilę, dla której wcześniej poświęcił wiele dni albo tygodni.
Album jest naprawdę duży i ciężki. Zdjęcia wydrukowano na białym, niepowlekanym papierze, natomiast teksty na papierze cieńszym i delikatniejszym. Bardzo dobry wybór. Matowa powierzchnia pasuje do stonowanych, często prawie monochromatycznych fotografii Muniera. Kto lupi papier typu baryta ten będzie w siódmym niebie.
Nie jest to książka do szybkiego przekartkowania. Lepiej otwierać ją powoli. Czasami zatrzymać się na zdjęciu, na którym początkowo prawie nic się nie dzieje. Po chwili pojawia się zwierzę, światło albo drobny fragment krajobrazu, którego wcześniej nie zauważyliśmy.
I chyba właśnie dlatego tak często wracam do albumów Muniera. Fotografuje zwierzęta, a jednak opowiada przede wszystkim o dzikim świecie, w którym człowiek pozostaje jedynie gościem.
Zdecydowanie polecam.
Vincent Munier, „The Monograph”
Wydawnictwo: Kobalann
Rok wydania: 2023





Leave a reply