Są takie miejsca, które człowiek niby rozumie, zanim je zobaczy. Wie, że Grenlandia jest wielka. Wie, że lód potrafi mieć rozmiary gór. Wie (no, powiedzmy), że w okolicach Ilulissat lodowiec wyrzuca do fiordu ogromne góry lodowe, które potem powoli dryfują w stronę morza.
A potem przychodzi poranek i cała ta wiedza okazuje się dość bezużyteczna.
Przed wschodem słońca wszystko jest jeszcze zimne, granatowe i trochę nierealne. Woda jest ciemna, powietrze nieruchome, a lód wygląda bardziej jak skała niż coś, co może pękać, płynąć i znikać. Dopiero pierwsze światło zmienia tę scenę. Nie od razu. Najpierw dotyka tylko krawędzi. Potem kilku ostrych grani. Potem nagle cała ściana lodu zaczyna świecić ciepłym, różowo-złotym kolorem, jakby ktoś zapalił światło od środka.
Najbardziej zaskakujące jest to, że ten krajobraz nie jest spokojny, mimo że na zdjęciu może wyglądać jak zatrzymany. To jest miejsce w ciągłym ruchu. Lód pracuje, trzeszczy, odłamuje się, przesuwa. Nawet zimą. Wielkie formy, które z daleka przypominają zamki, wieże albo fragmenty jakiegoś arktycznego miasta, są tylko chwilowym układem. Za kilka dni mogą wyglądać zupełnie inaczej. A czasami wystarczy dosłownie chwila.
Skala robi z człowiekiem dziwne rzeczy. Patrzy się na górę lodową i przez chwilę wydaje się, że jest nieduża. Dopiero po czasie dociera, że to, co wygląda jak „większy kawałek lodu”, ma rozmiar budynku albo całej ulicy. A przecież większość tego lodu i tak pozostaje pod wodą.
Fotografowanie tych lodowych skał o wschodzie słońca to trochę czekanie na moment, w którym światło dogada się z lodem. Przez większość czasu jest po prostu zimno i ciemno. A nawet bardzo zimno. Człowiek aż trzeszczy od tego zimna. Jak lód. A potem przez krótką chwilę wszystko się układa: granat nieba, czerń wody, błękit cienia i ten ciepły blask na lodowych ścianach. I wtedy zimno już nie doskwiera. To jest ten wyczekany moment.
Zapraszam na kilka zdjęć z zmimowego wschodu Słońca w Ilulissat nad brzegiem lodowego fiordu.










Leave a reply