Zima na Islandii ma jeden bardzo miły element. Wschód Słońca potrafi przypaść o godzinie 10.00 rano. Nie trzeba się zatem zrywać o „nie wiadomo której” godzinie w nocy, aby fotografować wschód. Podczas rodzinnego wypadu na Islandię w styczniu 2019 roku chciałem po raz kolejny odwiedzić lodową jaskinię. Oczywiście w celach fotograficznych. Gdzieś głębiej w lodowcu, niekoniecznie z wejściem od razu przy terenowym samochodzie. Udało mi się te plany zrealizować z Glacier Adventure, które zabrało mnie do jaskini głęboko w lodowcu. Wypad zajął prawie cały dzień (ten jest w styczniu naprawdę krótki), ale było warto.
Pobudka o 6 rano to nic szczególnego, nawet na wakacjach. Krótka odprawa, uprząż, raki, czekan, sprawdzenie lin i w drogę. Wsiadamy do wielkiego czterokołowca – przerobionego Forda. To jest odpowiedź Islandczyków na trudności lokalnego terenu. I to jest dobra odpowiedź. Takich jak ja jest jeszcze kilka osób – dwójka Amerykanów, kilku Azjatów i Francuzów. Jednym słowem mieszane towarzystwo z całego świata. Naszym przewodnikiem jest Islandczyk o wdzięcznym imieniu Haukur.
Dojazd przez pokryte śniegiem i lodem wzgórza zabiera nam dobre pół godziny, jeśli nie więcej. Jak wyjeżdżamy, to nadal trwa noc, a Księży świeci jak oszalały nad pobliskimi szczytami. Jest zimno, uczucie chłodu potęguje silny, porywisty wiatr. Dziękuję za kurtkę puchową i całe moje wyprawowe ubranie, które przezornie zabrałem.
Docieramy prawie pod czoło lodowca. Na wyciągnięcie ręki mamy czarne kawałki lodu poprzetykane świeżym, białym śniegiem. Do jaskinie may ok 45-60 minut podejścia na otwartym lodowcu. Przewodnik przypomina zasady poruszania się na lodowcu i ruszamy. Ja na końcu z oczywistych zdjęciowych przyczyn. I tak będzie trwało do samego dojścia do jaskini. Zdecydowanie będę opóźniał cały pochód :-). Czasu mamy jednak całkiem sporo. A że lubię śnieg i lód, to buzia mi się strasznie mocno uśmiecha na te wszystkie widoki naokoło. Głowa chodzi mi dookoła i tylko wybiera kadry. Aparat w rękach, zmienna pogoda, trochę czasu do zmarnowania – czegoż chcieć więcej?
Wybrałem poranną wyprawę, gdyż liczyłem właśnie na wschód Słońca na lodowcu. I moje plany zaczęły się realizować. Co prawda nie było chmur, które mogłoby dodać kolorytu i głębi krajobrazowym zdjęciom, ale i tak było ciekawie. Najpierw poranne światło pojawia się na bliskich i odległych szczytach muskając powoli ich górne części. Zaraz potem zaczyna podświetlać śnieg i skorupę lodowca. Pojawiają się wzory. Wiatr robi swoje, od czasu do czasu podrywając śnieg w górę. Jest zimno, ale to zimno jest przyjemne. Otuleni magią poranka zmierzamy powoli do celu. Droga wije się pośród lodowych wzgórz. To w lewo, to w prawo, to w dół, to w górę. Zbliżamy się powoli do jaskini. Ach, czy kiedyś uda mi się zrealizować inne moje islandzkie marzenie – zimowy trekking po górach i po lodowcu. Takie 7-10 morderczych dni. Szukam chętnych, bo przewodnika już chyba znalazłem :-).Wreszcie, po kilkudziesięciu wietrznych minutach docieramy do celu. Wejścia do lodowej jaskini. Przy pomocy lin dostajemy się do środka.
Trudno oddać piękno lodowych jaskiń. Trzeba to po prostu zobaczyć, ja byłem już w trzech i zawsze zbierałem szczękę z podłogi. Formy lodu, jego gładź, struktura, kolor. Ach. Nie inaczej było i tym razem. Roztopiony lód wyżłobił w lodzie tunel z różnymi zakątkami. Ściany są gładkie, niebiesko-czarne. A na końcu czeka na nas diament. Podświetlony przez niskie Słońce kawałek lodu zwisający ze sklepienia. Po prostu bajka. Mieni się tyloma kolorami, że aż trudno było je zliczyć. Coś wspaniałego. Z biegiem czasu kolory się zmieniają, promienie Słońca muskają coraz to inne części jaskini (porównajcie proszę dwa duże zdjęcia).
Przyszło nam tam spędzić trochę czasu. Światło po pewnym czasie zaczęło już być trochę za ostre. Przydałyby się chmury, ale tych na niebie jak na lekarstwo. Wychodzimy z jaskini. Ale to nie koniec niespodzianek. Niedaleko jest druga jaskinia – nie wszyscy do niej docierają. Ale my oczywiście tak. Przechodząc lodowym tunelem po kilku minutach docieramy do o wiele większej, rozleglejszej jaskini z dwoma potężnymi otworami w sklepieniu. Tutaj klimat jest już całkowicie inny. Jaskinia jest szeroka, ale niska. Spędzam trochę czasu u jej wejścia starając się wybrać co ciekawsze kadry. Po kilkunastu metrach jaskinia staje się bardzo niska. tak niska, że trzeba iść praktycznie na kolanach. Z ciężkim plecakiem i statywem jest to niemożliwe, zostaję zatem u ujścia jaskini chłonąc jego piękno.
Czas na krótki odpoczynek. Idziemy na brzeg laguny rozciągającej się na kilka kilometrów w kierunku brzegu oceanu. Na kamienistej plaży pijemy gorąca herbatę i jemy zabrany prowiant. Wokół nas stoją gigantyczne kawałki lodu czoła lodowca. Co kilka dni jeden z nich się odrywa zalewając plaże wodą z tsunami. Słońce nadal nisko na niebie oświetla wszystko przyjemnym, nie aż tak ostrym światłem.
Po odpoczynku wracamy do samochodu. Droga się dłuży i ciągnie. Powroty zawsze są trudniejsze. Zaczyna mi doskwierać głód – sama herbata nie wystarcza, a ja nie mogłem nic kupić do jedzenia. Tam gdzie mieszkamy nie ma sklepów. Po mniej więcej godzinie docieramy do samochodu i wracamy na farmę. Było warto! Na koniec muszę pochwalić organizację Glacier Adventure i samego Haukura. Wszystko było super zorganizowane, a Haukur dzielił się z nami swoją szeroką wiedza dotycząca lodowców i wszystkiego co nas otaczało (zdjęcie poniżej (c) Haukur).



Leave a reply