Pomysł był taki, aby wynająć małą, szybką łódkę w porcie Ilulissat i powłóczyć się samemu pośród gór lodowych lodowego fiordu. Oczywiście nikt z nas – ani Błażej, ani ja – nie mieliśmy doświadczenia w prowadzeniu motorówek, a już tym bardziej w lodach Grenlandii. Łódka miała prowadzona przez lokalnego rybaka, który zna fiord i góry lodowe jak własną kieszeń. W planie mieliśmy również późniejszą wycieczkę małym, turystycznym stateczkiem. Ale to nie to samo – chcieliśmy pofotografować góry lodowe na swoich własnych warunkach.
Pamiętałem z mojej poprzedniej, letniej wyprawy na Grenlandię, że znalezienie kogokolwiek z łódką, który chciałby za pieniądze popływać wśród gór lodowych było piekielnie trudne i skończyło się klapą. Nikt nie chciał popłynąć. Pełen obaw zeszliśmy do zamarzniętego portu i zaczęliśmy wypytywać lokalsów o możliwość popływania łódką. Nikt nie chciał się zgodzić. Nawet nie rozmawialiśmy o pieniądzach. Po prostu nie chcieli popłynąć. I już. Ostatecznie spotkaliśmy starszego dziadka. Za pośrednictwem jego znajomych dobiliśmy targu i umówiliśmy się o 11.00 w porcie na wypłynięcie. Mieliśmy mieć do swojej dyspozycji całe 5h. Poszliśmy zatem do jedynego w mieście bankomatu, wypłaciliśmy odpowiednią liczbę koron i udaliśmy się po sprzęt fotograficzny. Karnie o 11.00 stawiliśmy się w porcie. Dziadek … był.
Łódka okazała się niewielką motorówką. Widać było na niej wszędzie ślady krwi z ostatniego polowania. Trudni było powiedzieć, czy to była foka, czy też może ryby. W każdym razie było czerwono. Dziób stał wysoko – było zatem gdzie się schować podczas szybkiej jazdy. Jak się później okazało – i dobrze, gdyż nasz sternik miał czasami zacięcie wyścigowca. Miejsca było dość na naszą dwójkę i sternika. Włożyliśmy na siebie wszystko co mieliśmy – potrafi na takiej przejażdżce nieźle przymrozić. Nasz sternik był z definicji odporny na zimno. Miał na sobie tylko lekką kufajkę i rękawice, wcale nie takie grube. No ale on zimno pił z mlekiem matki. Na dworze było ok. minus 20 stopni.
Ruszyliśmy bez zbędnej zwłoki. Jak tylko uwolniliśmy się z okowów lodu zalegającego w porcie dziadek przyspieszył tak, że trudno było ustać na pokładzie. Szybko się schroniliśmy, gdyż wiatr był potwornie zimy.
15 minut szaleńczej jazdy i już wchodziliśmy między góry lodowe. Te w Ilulissat są olbrzymie i sięgają nieraz kilkudziesięciu metrów jak i nie więcej. Zwolniliśmy i zaczęliśmy pływać sobie pośród nich. Góry żyły – pomimo mrozu co chwila coś się kotłowało, pękało, przesuwało. Zachowywaliśmy bezpieczny odstęp od wielkoludów, a sternik cały czas trzymał rękę na manetce gotów przyspieszyć co koń wyskoczył, gdyby była taka potrzeba. Nie stroniliśmy natomiast od mniejszych gór, do których podpływaliśmy na wyciągnięcie ręki. Doskonale było widać jak głęboko sięgają w ciemną toń. Pod wodą lód mienił się wszystkimi odcieniami zieleni i turkusu. Obcowanie z tym całym lodem było wspaniałe. Zamiast rozmawiać wsłuchiwaliśmy się w dźwięki lodu.
Towarzyszyło nam mnóstwo ptaków. W oddali widać było mgłę – woda parowała przy tej temperaturze tworząc drgający horyzont.
Pośród gór spędziliśmy prawie 3 godziny. Pod koniec nawet nasz Inuita zaczął wymiękać i dał nam do zrozumienia, że czas najwyższy wracać. Jeszcze tylko sesja kutra rybackiego, który łowił u ujścia fiordu (jest tam mnóstwo ryb) i czym prędzej ruszyliśmy w kierunku portu. Wieczorem mieliśmy zapolować na zorze, więc marzyliśmy już o cieple naszego mieszkania.








Leave a reply