Dzień trzeci
„Kocham cię życie
kiedy sen kończy się
Kończy się, kończy się o świcie
A ja rzucam się z nadzieją nową
na budzący się dzień”[1]
Kiedy wychynąłem zza drzwi ciepłego i przytulnego schroniska w ciemna noc, w której zmrożone powietrze wręcz wisiało nad śmiałkiem (czyli mną) jak miecz Demoklesa, jedynie „nadzieja nowa na budzący się dzień” powstrzymała mnie przed odwrotem, tchórzliwa rejterada. Temperatura z pewności? przekraczała -15 st. C. Wiał lekki wietrzyk. Przede mną rozpościerały się zapierające dech w piersi widoki ośnieżonych szczytów i ciemnych dolin, w których tliło się ludzkie życie obecne jako miriady świetlistych paciorków. Dla takich momentów warto żyć, a przynajmniej zrywać się z łóżka zanim jeszcze samo Słonce o tym pomyśli. Za chwilę mieli dołączyć Benio i Kuba, wykorzystałem zatem tą chwilę samotności na napawanie się cudownym widokiem i wdychaniem mroźnego powietrza.
Bogatszy o doświadczenie poprzedniego dnia, tym razem, poza kombinezonem (narciarskim), miałem też na sobie dodatkowo dwie bluzy. Pozwoliło mi to przeżyć kolejne dwie i pół godziny na tym arktycznym (dla mnie) powietrzu.
Już po chwili miejsce kadrowania zostało wybrane, a statyw został wręcz wbity w warstwę (wielometrową) zmrożonego puchu zalegającą sam wierzchołek Szrenicy. Sprzęt po pierwszym szoku temperaturowym ładował elektrony i czekał na misję, którą przyjdzie mu już za chwilę wykonać. Jeszcze ocena obiektywów i na bagnet ładuje się najdłuższe tele. Słychać szczęk bagnetu, daje cała naprzód i wyświetlacz zaczyna błyskać wyczekująco. Baterie zaczynają robić to samo :-). Znak, że musi być horrendalnie zimno!
Przede mną rozpościera się niezły kocioł (na tyłku pewnie bym zjeżdżał z pół godziny), ciemne wzgórza na horyzoncie i jasno purpurowe niebo zapowiadające bliski świt.
Po chwili na horyzoncie zamajaczyły sylwetki Benia i Kuby. Byliśmy spięci i gotowi. I nagle pojawiła się rysa w tym misternym planie – Kuba zaczął marudzić, że Słonce schowa się za granią i tyle będziemy go widzieć. Defetyzm Kuby okazał się porażający i zaraz też zaczęliśmy szukać miejsc, z których to Słonce byłoby choć trochę widoczne. Z Beniem wdrapaliśmy się nawet na wysokość drugiego piętra schroniska, a zdesperowany Beniu był bliski szturmowania dachu schroniska, aby tylko mieć ten jedyny w swoim rodzaju widok. Powoli zbliżała się godzina wschodu. Niebo wręcz biło purpurą, różem i pomarańczą. Zapowiadał się piękny dzień!
Kuba postanowił zejść do schroniska, my z Beniem nie dawaliśmy za wygraną. Na przeciwko miejsca wschodu chmury utworzyły jasno niebiesko – różowe wały. Wyglądały ślicznie, choć wydawały się niemożliwe do sfotografowania. Ach żeby tak slajd miał taką rozpiętość tonalną jak ludzkie oko. Ileż pięknych i niezapomnianych obrazów można by było utrwalić. Niestety, jak na razie to marzenie ściętej głowy ;-(. Okazałem się nieodporny na to piękno – stuknęła migawka. Postanowiliśmy zejść trochę niżej licząc na pokazanie się Słońca. I nasz „fotograficzny węch” nas nie zawiódł! Kiedy balansowaliśmy z Beniem na pokrytych lodem schodach próbując zejść cało, a nie z pomocą panów w czerwonych kurtkach z napisem „GOPR”, nagle moją uwagę zwrócił czerwony rąbek wynurzający się z chmur. Chwila zastanowienia i już wiedziałem, że to jest to!!! Słońce!!!
Lód i inne poślizgowe niedogodności przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Rozwinęliśmy z Benien tyralierę niczym wojska radzieckie na ukraińskim stepie :-). Wręcz w biegu zmienialiśmy obiektywy z krótkich na długie, gdyż liczyła się każda sekunda przestoju. Statywy nie zdążyły jeszcze ochłonąć po bezceremonialnym wbiciu w śnieg, kiedy zaczęło się ostre kadrowanie. Zapadła całkowita cisza, byliśmy zajęci :-). Po chwili dołączyły do nas Agnieszka i Basia, które postanowiły ponapawać się widokiem porannego Słońca. Po chwili jednak znów zostaliśmy sami.
Słoneczko stosunkowo szybko przekształciło się w ostre Słońce i z niechęcią porzuciliśmy je na rzecz ciemnych jeszcze dolin, wzorów i wzorków, małych i dużych. Poszło w ruch makro. Światło było ciągle miękkie. Założyłem czarno-biały slajd. Czułem się jak w bajce.
Ostatecznie musieliśmy się jednak poddać. Światło było już ostre, a kontrasty stawały się zbyt duże ;-(. Zmarznięci, ale szczęśliwi udaliśmy się do schroniska. Tak zaczynał się ostatni dzień pleneru.
„Jaki ranek taki dzień
Nie dziwi nic”[2]
Później było śniadanie i ustalanie planów. Ostatecznie postanowiliśmy dać sobie kilka godzin wolnego, a następnie zejść na dół do samochodów i wrócić do cywilizacji. Pogoda była przepiękna, wokół pełno śnieżnobiałego zmrożonego puchu i ostre silne Słońce. Na następny dzień (a u niektórych już podczas powrotu) dał się we znaki brak filtrów przeciwsłonecznych. Wyglądaliśmy jak czerwonoskórzy Indianie! :-)
I znowu spacery, napawanie się widokami, fotograficzne eldorado. Przebojem okazały się ponownie Trzy Świnki, gdzie spotkała się większosć uczestników. Moje zaciekawienie wzbudziły sople łączące skały, po chwili byłem już przy nich i … momentalnie zapadłem się po pas w śniegu, a mój lot w dół trwał nadal choć już nie tak szybko. Nie było mi do śmiechu i z pomocą mojej ukochanej Żony udało mi się wypełznąć na powierzchnię. Ale sopelkom nie dałem za wygraną :-).
Basia z Beniem gdzieś zniknęli za horyzontem, nasi dwaj podróżnicy – Kajko i Rafał opuścili już schronisko schodząc w dół i robiąc zdjęcia. Jak się okazało, wyjść szybciej nie oznacza wcale przyjść najwcześniej :-), albowiem nasi Panowie jako ostatni dotarli do samochodów (a tak po prawdzie to na obiad dopiero :-))
Powoli zbieraliśmy się do wymarszu. Z Anią wyszliśmy trochę szybciej od naszej grupy szturmowej aby ponapawać się swoją obecnością :-) i pięknymi widokami. Naświetlały się ostatnie klatki slajdów. Po drodze niedoświadczeni narciarze, którym narty powinno się odebrać od razu, próbowali nas zabić na szlaku wyłącznie pieszym. Oczywiście nasza grupa szturmowa nas wyprzedziła, ale później o dziwo utrzymywali?my wszyscy podobne tempo. Jeszcze przeprawianie się przez szerokie strumienie i po chwili byliśmy już na parkingu przy samochodach, lekko wygłodniali. Nasze kroki skierowaliśmy zatem czym prędzej do knajpy, gdzie wspólnie pałaszowaliśmy miejscowe przysmaki. Dołączyli do nas Kajko i Rafał.
Później było już z górki :-). Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o ruiny zamku w Świnach, w których cena biletu wstępu różniła się w zależności od umiejętności negocjacyjnych wchodzących :-) (istnieje duże prawdopodobieństwo, ze pan bileter mianował się bileterem samoistnie). Po godzinnym buszowaniu po zamku i naświetleniu ostatnich klatek na slajdach i matrycach udaliśmy się prosto do domów, dokąd Wszyscy przybyliśmy bez większych problemów.
Tak zakończył się kolejny plener Poznańskiej Grupy Fotograficznej. Na kolejny zapraszamy już pod koniec maja do Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego!
[1] Edyta Geppert „Och życie, kocham cię nad życie”
[2] Edyta Geppert „Jaka róża taki cierń”