Grenlandia to nie tylko lód. To również historia ludzi, którzy pośród tego lodu żyli. I to nie w miarę cieplarnianych warunkach tak jak teraz, ale w mrozie, wietrze, wodzie, bez dostępu do ognia.
Następnego dnia odwiedziliśmy osadę, która leży nieopodal Ilulissat – Rodebay, a właściwie to Oqaatsut, gdyż tak dzisiaj nazywa się wioska. Została założona w XVIII wieku jako duńska stacja wielorybnicza. Głównie ze względu na osłoniętą zatokę i łatwy dostęp do brzegu. Obecnie mieszka tam na stałe kilkanaście osób, jest nawet sklep i restauracja czynna w okresie letnim. Można do niej dopłynąć łodzią albo dojść pieszo przez liczne bagna.
Wybraliśmy oczywiście łódź. Tym bardziej, że całe wybrzeże było pokryte gęstą mgle. Podróż przez tą mgłę z dużą szybkością był surrealistycznym przeżyciem. Co chwilę z mgły wyłaniały się większe i mniejsze e góry lodowe, niektóre bardzo blisko nas. Ale to nie zachęcało skippera do wolniejszej jazdy. pruliśmy przez spokojne morze niczym torpeda. Przy tej prędkości i warunkach (wiatr i ciągle zmieniający się krajobraz) trudno było fotografować. Ale do cierpliwych świat należy.
Nasz rajd trwał około pół godziny. Kolejne spędziłem na fotografowaniu wioski z różnych kierunków. Grenlandzkie wioski są mocno fotogeniczne głównie ze względu na kolorowe poszycia domów. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej, to wokół najczęściej jest niezły bałagan. Aż się prosi jakiś porządek.
fotografowałem sobie w najlepsze, aż przyszła biała tęcza (fog bow). A raczej mglista tęcza. Powstaje oczywiście podczas mgły, kiedy promienie słoneczne załamują się, a następnie odbijają od kropelek wody obecnych we mgle. I mamy białą tęczę. Towarzyszyła nam aż do Ilulissat w drodze powrotnej.
Zapraszam na kilka zdjęć z tego wypadu do Rodebay.














Leave a reply