Grenlandia nas zaskoczyła – rano nadal nie było wiadomo kiedy wrócimy do domów. Pogoda się ewidentnie zmieniała, ale to nie oznaczało, że można było bezpiecznie wylądować. Pozostawało czekać. Skoro miałem tutaj spędzić kolejny dzień zamknięty w hotelu, to uznałem, że równie dobrze mogę pojechać … na psie zaprzęgi. Uzgodniłem z Rich, że jeden z Inuitów podjedzie do mnie do hotelu i wybierzemy się po południu na kilkugodzinną wycieczkę. Czas oczekiwania spędziłem na czytaniu i przesiadywaniu w barze. Gdyby chociaż nie było niedźwiedzi polarnych, to człowiek mógłby sobie wyjść na całodzienną wycieczkę. A tak, trzeba było siedzieć w hotelu. Takich jak my było kilkanaście osób. Wśród nich para, która przyleciała tylko na jeden dzień z Islandii. I pech chciał, że odwołali im lot powrotny. W konsekwencji cały plan podróży się posypał – a mieli właśnie wracać do Stanów.
Nadszedł w końcu czas mojego rendez-vous z saniami. O umówionej godzinie pojawił się zaprzęg. Grenlandia czekała. O dziwo, poza przewodnikiem na saniach siedziała również jego rodzina. Nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia po angielsku, machnąłem więc ręką i wsiadłem na sanie. Perspektywa podróży z dziećmi i ich matką w tylnej części sań niezbyt mi się uśmiechała, chciałem bowiem porobić trochę zdjęć.
Po kilkunastu minutach podjechał do nas skuter i niespodziewani uczestnicy wycieczki przesiedli się. Zostałem sam z przewodnikiem.
Pogoda się ewidentnie poprawiała. Nadal wiał silny wiatr, ale chmury uniosły się wyżej i poprawiła się znacząco widoczność. Pogoda w sam raz na zdjęcia, światło było bardzo rozproszone, a słońce nadal chowało się za chmurami. Pojawiały się nawet ciemniejsze burzowe chmury.
Bez bagażu i dodatkowych osób sanie szły jak szalone. To była prawdziwa jazda i przygoda. Czasami sunęliśmy bardzo szybko i czułem wiatr we włosach. Oczywiście było zimno w związku z tym założyłem na siebie wszystkie ubrania.
Polowaliśmy na niebieskie góry lodowe wmarznięte w morze. Było ich całkiem sporo, szczególnie niedaleko linii brzegowej.
Jeździliśmy tak z dwie godziny. Zaczęło się powoli ściemniać i czas było wracać.
Cudownie spędziłem ten czas. Grenlandia ma wiele do zaoferowania.
Wieczorem kolacja i spać. Rano miało się rozstrzygnąć, czy polecimy.
I polecieliśmy. Po południu wsiadałem już w samolot, który zawiózł nas na Islandię. Kolejnego dnia o 7 rano miałem samolot do Berlina, skąd samochodem dotarłem do domu. Kilka dni później niż planowałem, ale najważniejsze, że wróciłem.
To była wspaniała przygoda. Pogoda co prawda nie dopisała i nie udało nam się dotrzeć do planowanego celu na co bardzo liczyłem, ale i tak czas spędzony na Grenlandii uważam za bardzo udany. Przede mną plany na kolejne odwiedziny tej niesamowitej wysypy. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.














Leave a reply