Zorze polarne są fascynujące. To powoduje, że jak tylko mogę to szukam ich na arktycznym niebie. Nie inaczej było na zimowym niebie Grenlandii podczas naszej wyprawy marcu 2018 roku. Wypatrywaliśmy z Błażejem okno pogodowego i takowe się pojawiło. Prognoza zapowiadała czyste niebo przez większą część dnia. I co najważniejsze, była duża szansa na zorze polarne w kierunku południowo-zachodnim. Po zachodzie słońca, który spędziliśmy na skałach i wśród olbrzymich gór lodowych wróciliśmy do naszej kwatery w miasteczku Ilulissat, aby coś zjeć, naładować baterię i przygotować się do nocnej wyprawy. Jeden drobny szczegół naruszał nasze dobre samopoczucie – temperatura. Zimą na Grenlandii potrafi być naprawdę zimno. Nie inaczej miało być i tym razem. Odczuwalna temperatura poniżej 30 stopni nie napawała optymizmem. No cóż, nie w takich warunkach się fotografowało. Będzie kolejny test dla sprzętu, baterii i samego siebie.
Nakładam zatem wszystko co mam – koszulka termoaktywna, polar setka, soft shell i na to kurtka puchowa. Trochę rosnę przez to w obwodzie, ale to nic. Musi być ciepło. Mam jeszcze przeciwwiatrową kurtkę – tę nałożę na miejscu. Aby bowiem dotrzeć na tereny, na których chcemy fotografować, czeka nas prawie godzinny spacer. Na początku w miasteczku, ale później już tyko przy światłach czołówek po skałach i w śniegu. Zamierzamy wejść na wysoką grań dominująca nad krajobrazem. Z tego miejsca będziemy mieli super widok w kierunku południowo – zachodnim, gdzie ma zatańczyć zorza. Cienkie rękawiczki plus Goretexy, kominiarka i czapka dopełniają ubiór.
Jak tylko mocno się ściemniło – wychodzimy. Wyglądamy jak dwa małe ludziki Michelina. Szybki spacer nas rozgrzewa. Gdzieniegdzie na niebie widać już słabe zorze. To znak, że prognoza się zaczyna spełniać. Wychodzimy z miasteczka i zaczynamy podchodzić na grań. Trzeba uważać, gdyż między skałami jest mnóstwo nawianego śniegu, robią się zaspy, doły i łatwo można wpaść po pas. Staram się chodzić wyłącznie po skałach. Na razie jest ciepło. No ale cały czas się ruszamy.
Wreszcie po ok. 45 minutach docieramy na miejsce. I wtedy zorza wybucha z całą mocą. Na początku nad miasteczkiem, ale po kilkunastu minutach przesuwa się nad fiord i odległe góry lodowe. Wokół ani jednego światła ludzkiej siedziby. Rozdzielamy się z Błażejem i każdy zaczyna polowanie na własną rękę. Zorza jest z tych, które „grają na pianinie”. Jest bowiem bardzo dynamiczna i bardzo szybko zmienia swoje kształty. Takie uwielbiam. Szukam miejsc do fotografowania – nie jest to wcale takie proste, gdyż warto mieć coś na pierwszym planie.
O tym jak fotografować zorze polarne napisałem swego czasu na stronie, więc zapraszam do wpisu – jest tam mnóstwo przydatnych wskazówek.

Leave a reply