Wejście na wulkan Colorado w argentyńskiej części Puna de Atacama to nie tylko wyzwanie fizyczne po całym dniu fotografowania, ale także prawdziwa uczta dla duszy. Szczególnie, gdy silny wiatr smaga twarz, a każdy krok staje się małym triumfem. Jednak kiedy docieramy na szczyt tuż przed zachodem słońca, cały trud schodzi na dalszy plan.
Droga nie jest ani długa, ani skomplikowana. Ale pnie się stromo pod górę i nie widać jej końca, szczególnie niedaleko grani kaldery. Ale gdy w końcu wchodzimy na szczyt rozpościera się widok na majestatyczny wulkan Jote. O tej porze dnia jego zbocza skąpane są w miękkich odcieniach czerwieni podbijanej naturalnym kolorem lawy. Trudno to opisać słowami – trzeba je zobaczyć na własne oczy.
Puna de Atacama to jedno z najbardziej suchych i najwyżej położonych płaskowyżów na świecie. Oba wulkany są częścią większego łańcucha Andów, a ich formacje lawowe tworzą unikalny krajobraz. Lawy andezytowe i bazaltowe, zastygłe w przeróżnych formach, świadczą o tysiącach lat aktywności wulkanicznej.
W czasach prekolumbijskich te tereny zamieszkiwali ludzie z kultury Atacameños, którzy wierzyli, że wulkany są siedzibą duchów. Nawet dzisiaj można znaleźć ślady dawnych ceremonii i ofiar składanych na szczytach tych gór. Polecam w tym względzie muzeum archeologiczne w Salta.
Wiatr, który niemal spychał nas ze ścieżki, chłód przenikający do kości i brak cywilizacji – dla takich chwil zawsze warto się trudzić. Czas się zatrzymuje. Siedzimy sobie z Antkiem i podziwiamy widoki szarpani podmuchami wiatru. Nie idzie rozmawiać, wiatr wdziera się do płuc utrudniając nawet oddychanie. Ale nie potrzebujemy słów.









Leave a reply