Na pierwszy wschód udaliśmy się pod Towers of Virgin położone tuż za wjazdem do Parku Narodowego Zion. Wschody i zachody Słońca w tym parku do najłatwiejszych nie należą. O ile bowiem nie wyjdzie się wysoko w góry, to cały czas jesteśmy na dnie kanionu. Szerokim, ale jednak kanionie, co znacząca ogranicza widoczność podczas wschodu i zachodu Słońca.
Jednym z miejsc, w których można podziewać pojawiające się światło nowego dnia jest właśnie Towers of Virgin. Jest to seria kilku wyniosłych monolitów z piaskowca po zachodniej stronie kanionu. Dostęp do tego widoku jest bajecznie prosty – wystarczy zaparkować samochód pod muzeum i przejść na jego tyły.
Pojawiliśmy się na wschodzie dobre kilkadziesiąt minut przed pojawieniem się pierwszych promieni. Mogliśmy przez to podziwiać zmieniające się światło na żółtych ścianach. Pomimo odległości od szczytów robią one wrażenie swoją wielkością. Szczególnie, gdy przez teleobiektyw przypatrzymy się ich szczegółom. Pojawiają się niezliczone drzewa przylepione do ścian. Wszędzie są szczeliny i pęknięcia. Ma się czasami wrażenie, że ściany za chwilę runą. Wszystko to jest niezwykle monumentalne.
Słońce nie zawiodło, chmury również. Początkowo nic nie zapowiadało na rozbłysk światła. Chmury goniły się po niebie z dużą mocą i wyglądało na to, że ze wschodu nici. Ale coś zaczęło się zmieniać tuż przed wschodem. Pojawiły się pierwsze kolory. Na początku tuż przed wschodem Słońca, a później zaraz po. Później światło zniknęło. I kiedy już zaczęliśmy tracić nadzieję, nagle ciepłe, czerwone światło oświetliło szczyty. Warto było czekać. Reszta to już historia. Zapraszam do kilku zdjęć z tego poranka.






Leave a reply