Jak rozmawiać podczas wypraw w odległych rejonach? Z Rodziną, pracą, ekipą ratunkową? Kiedy telefon komórkowy nie ma zasięgu, a do najbliższego telefonu są dziesiątki, a nieraz setki kilometrów?
W wielu miejscach takich jak Antarktyda, Grenlandia czy chociażby na Spitsbergenie nie możemy skorzystać ze zwykłej komórki. Nie ma tam dostępnych sieci komórkowych. WiFi jest dostępne na nielicznych stacjach badawczych i tylko dla mieszkańców. Zostaje zatem brak kontaktu albo … łączność satelitarna.
Wbrew powszechnym twierdzeniom łączność satelitarna wcale nie musi być droga. Oczywiście trzeba mieć specjalny telefon pracujący w określonej sieci. Na świecie liczą się trzy sieci satelitarne – Iridium, Thuraya i Inmarsat. Jeżeli wybieramy się na Antarktydę czy nawet Arktykę to pozostaje Iridium – pozostałe dwie sieci nie mają zasięgu w tej części globu. Ale już w Himalaje warto wybrać Thuraya. Iridium jest siecią najbardziej powszechną – jej satelity pokrywają bowiem prawie cały glob. Choć czasami łączność nie jest najlepsza, gdyż sieć często korzysta z nisko położonych satelitów. Z tych samych względów, aby się połączyć trzeba być na otwartej przestrzeni. W środku budynków sieć nie widzi satelitów, co uniemożliwia połączenia.
Pokrycie zasięgiem można sprawdzić na tej stronie: https://www.globaltelesat.co.uk/coverage
Jeżeli często jeździmy po miejscach, w których nie ma zasięgu, a musimy pozostawać w kontakcie z domem, rodziną czy pracą, to warto rozważyć zakup używanego telefonu satelitarnego. To nie są smartfony. Tą są prawie pancerne telefony pokroju starej Nokii 3610. Powinny zatem działać nawet po kilku lat użytkowania. Tym bardziej, że nie są telefonem codziennego użytku. Mało kto używa tych telefonów intensywnie podczas pobytów w odległych miejscach naszego globu.
Koszt używanego telefonu w sieci Iridium to ok. 1600 PLN. O wiele mniej niż jakikolwiek topowy smartfon :-).
Jeżeli nie jeździmy zbyt często, to warto telefon wypożyczyć. W Polsce są firmy, które wypożyczają telefony. Koszt różni się w zależności od długości najmu. W przypadku mojej wyprawy na Antarktydę było to 20 PLN za dzień najmu. Dużo, ale warto ponieść taki koszt za możliwość kontaktu z Rodziną i z pracą (tak, czasami to jest konieczne).
Do tego trzeba jeszcze kupić doładowanie. Telefon najmujemy bowiem goły. Zasada jest analogiczna jak w przypadku telefonu komórkowego na kartę. Są różne plany i w zależności od naszego wyboru mamy dostępne różne liczby minut w planie. Ja praktycznie zawsze wybieram plan Global 75 za niecałe 130 USD. W tym pakiecie mamy 75 “darmowych” minut “. Jeśli wyczerpiemy plan, to każda dodatkowa minuta poza sieć Iridium kosztuje 1,70 USD. Wysłanie SMS-a to koszt 0,17 USD. Mi w zupełności wystarczyło.
Najczęściej mogę co prawda korzystać z telefonu satelitarnego na jachcie, ale kosztuje to o wiele więcej niż koszt wynajmu telefonu i pakiet “darmowych” minut.
Dodatkowym wymogiem jest kaucja, która jest zwracana przy zwrocie telefonu. Może też posłużyć jako rezerwę w przypadku konieczności doładowania karty.
Możliwość wykonania telefonu do Rodziny uważam za bezcenne. Tym bardziej, że możliwość kontaktu to jeden z nielicznych warunków mojej Żony Ani jeśli chodzi o moje wyprawy. Dodatkowo telefon pełni ważną rolę jako środek alarmowej łączności. Zawsze daje możliwość połączenia i omówienia planu ratunkowego. Nie daje takiej możliwości żadne urządzenie pozycyjne typu SPOT czy InReach Garmina.
Użytkowanie telefonu jest dziecinnie proste. Po prostu trzeba go włączyć, poczekać aż się zaloguje w sieci (w zależności od położenia satelitów może to potrwać nawet kilka minut) i już można normalnie dzwonić czy esemesować. Jakość dźwięku jest różna. Na Antarktydzie była rewelacyjna. Na Grenlandii i Spitsbergenie z kolei często zrywało połączenia. Wystarczy też nacisnąć jeden przycisk, aby otrzymać swoją pozycję. Bezcenne, jeżeli zachodzi taka konieczność.
O ile samo używanie telefonu jest proste, o tyle okoliczności towarzyszące takim zabiegom potrafią dać w kość. Do dzisiaj wspominam mój kontakt z domem na jachcie przemierzając cieśninę Drake’a. Jako, że telefon wymaga czystego nieba, to aby wysłać sms-a do Żony musiałem ubrać się w sztormiak i uprząż, wygramolić się na pokład, przypiąć karabinkiem, aby mnie nie zmyła nagła fala i wytrwać w tej pozycji, aż telefon nawiąże połączenie i wszystko załatwi za mnie. A to wszystko kiedy mój błędnik szalał i nie czułem się najlepiej. A dodatkowo fale były często wyżej niż pokład jachtu co napawało mnie przerażeniem.
Jako, że to nie jest smartfon, baterie wystarczają na długo. Dla bezpieczeństwa mam zawsze drugą baterię, a sam telefon mam co do zasady wyłączony. Włączam go jedynie wtedy, gdy mam potrzebę kontaktu, a raz dziennie – aby odebrać smsy (mam ustaloną procedurę kontaktu z domem i z pracą).
Jako, że tych wyjazdów mam całkiem sporo, to zastanawiam się już nad kupnem własnego telefonu.


Leave a reply