Od wielu lat jedyną opcją są dla mnie liofilizaty. Cóż to takiego? Ogólnie jest to żywność poddawana procesowi liofilizacji. Najpierw ją się zamraża w celu pozbawienia wody, a następnie suszy w obniżonym ciśnieniu. A wszystko to w celu odparowania nawet ponad 90% wody. Dzięki temu zabiegowi żywność nadaje się dłużej do spożycia i jest też niesamowicie lekka. Co ciekawe, po raz pierwszy na masową skalę z liofilizatów zaczęła korzystać armia amerykańska podczas II wojny światowej.
Takie liofilizaty mają wiele zalet:
- długi okres przydatności do spożycia;
- małą wagę – najczęściej jest to w okolicach 125g za posiłek
- całkiem dobry stosunek kaloryczności do wagi – od 400 do ponad 1000 kcal na posiłek
- łatwość w przyrządzaniu – wystarczy wrzątek, aby po kilku, najdalej kilkunastu minutach cieszyć się gorącym posiłkiem obojętnie w jakich warunkach.
Od wielu lat liofilizaty dzielnie towarzyszą mi podczas wypraw długich i krótkich. Spożywanie posiłku w różnych okolicznościach przyrody też ma swoją zaletę, bo piękny widok jest często wspaniałym dodatkiem.
Rynek tych produktów bardzo się ostatnio rozwinął i dzisiaj dostępne jest cała gama smaków – od makaronów, po ryż, ziemniaki, itp. – oczywiście wszystko z dodatkiem warzyw, mięsa czy ryb. Są opcje wegetariański, są opcje mięsne. Są desery, a nawet zupy. Jest naprawdę w czym wybierać. Są produkty eko i są produkty gdzie znajdziemy też różnego rodzaju E.
Na polskim rynku są produkty polski i zagranicznych producentów.
Cena też jest atrakcyjna, szczególnie jeżeli porównamy ją do ceny posiłku w restauracji.
Oczywiście, jeżeli chcemy ugotować miskę ryżu i zalać ją oliwą, to liofilizat będzie o wiele droższy. Ale nie zawsze jest na to czas i nie zawsze mamy takie możliwości. Cena jednego liofilizatu to 20-30 PLN. Ale co więcej, w porównaniu do normalnego gotowania liofilizat ma jeszcze jedną przewagę – posiłek przygotowujemy w oryginalnym opakowaniu liofilizatu, więc nie trzeba ogarniać całego tego bałaganu przy normalnym gotowaniu. Po skończeniu jedzenia wystarczy zamknąć opakowanie na strunę i można je łatwo przenosić, aż do znalezienia śmietnika.
Jeśli chodzi o producentów, to przez moje podniebienie przewinęła się ich cała gama. Przed długi czas korzystałem z produktów firmy Mountain House. Obecnie jem prawie wyłącznie liofilizaty francuskiej firmy mx3 (mx3 aventure). Inne firmy, szczególnie bardzo popularny w Polsce Travellunch nie przypadły mi do gustu. No ale cóż, o gustach się nie dyskutuje.
Liofilizaty to nie jedyne jedzenie podczas moich wypraw. Rano mój posiłek składa się z zalewanych płatków śniadaniowych. Od lat jem “coś na ząb” firmy Kupiec. Dwa paczuszki takich płatków dają mi z rana prawie 400 kcal co jest ważne biorąc pod uwagę, że kolejny, główny posiłek będzie zapewne dopiero wieczorem. Zasady przygotowywania są analogiczne – wystarczy zalać wrzątkiem w kubku i po 3 minuta możemy jeść gorącą owsiankę. Smaki? – Nie tak wiele jak w przypadku zwykłych liofilizatów, ale można nadal wybierać.
Na lunch albo wieczorem jest najczęściej jeszcze … chińska zupka. Szczególnie w zimnych warunkach możliwość wypicia takiego gorącego rosołu jest nieodzowna. Wiem, to nie jest do końca zdrowe, ale ja nie jem tzw. knorów od 20 lat i kilka zupek wypitych w trakcie roku mi nie zaszkodzi. Ponadto, nie używam tej paczuszki z tłuszczem.
Korzystanie z powyższych posiłków powoduje, że nie muszę mieć większej ilości naczyń. Wystarczy w zasadzie jeden, większy kubek. No i maszynka – to jest ważna rzecz. Od lat korzystam z Jetboil Sol-Aluminum, którego po raz pierwszy testowałem podczas wyprawy na lądolód patagoński z Antkiem Mytko. Działa na prostej zasadzie, a gaz możemy kupić prawie wszędzie. Ma tą zaletę nad kuchenkami na paliwo ciekłe, że nie ma smrodu paliwa i nic się nie wyleje. Oczywiście jak jest bardzo zimno, to gaz jest gorszym rozwiązaniem, ale trudno.
Korzystanie z liofilizatów ma jeszcze jedną zaletę – człowiek chudnie podczas wyjazdów, bo ilość przyjmowanych kalorii jest ograniczona. W końcu nie da się wszystkiego zabrać na pokład samolotu albo do plecaka.
P.S. Okazało się, że nie mam prawie w ogóle zdjęć jak jem posiłek. Musze to nadrobić przy następnej wyprawie :-). Zdjęcie (c) mx3 aventure.

Leave a reply