Grenlandia jest marzeniem wielu fotografów i podróżników. Pomimo tego, że leży pomiędzy Europą a Ameryką, dotarcie do wyspy nie należy ani do łatwych ani do tanich. Oczywiście dzisiaj nie trzeba już wsiadać na statek i pokonywać Atlantyku z jego humorami. Zresztą obecnie nie ma możliwości dotarcia na Grenlandię drogą morską za wyjątkiem jachtu czy wycieczki na statku wycieczkowym. Nie ma bowiem żadnej kompanii żeglugowej, która oferowałaby bilety na swoich statkach docierających na Grenlandię (a nie ma też ich zbyt wielu). Jedyna dostępnie obecnie droga, to podróż lotnicza.
Ale jak uczy doświadczenie, ważny jest wybór linii lotniczej i miejsca wylotu. Nasza decyzja może mieć kolosalne znaczenie zarówno dla samego dotarcia na wyspę, jak i dla naszych finansów.
Obecnie możemy dolecieć na Grenlandię korzystając z dwóch linii lotniczych – Air Greenland i Icelandair.
Air Greenland wykonuje swoje operacje z Danii (Kopenhaga, Billund i Aalborg) i ląduje co do zasady w Kangerlussuaq – byłym amerykańskim lotnisku wojskowym położonym w głębi wyspy po jej zachodniej stronie. Położenie tego lotniska jest niezwykle istotne, gdyż jest tam mniejsze ryzyko wystąpienia mgły czy silnych wiatrów. W sezonie letnim linia lata również do Narsarsuaq na południu wyspy (również byłym amerykańskim lotnisku wojskowym). Są to obecnie jedyne duże lotniska na Grenlandii, które mogą przyjąć duże samoloty. Ten stan rzeczy ma się zmienić w 2024 roku, kiedy to zostanie zakończona przebudowa lotnisk w Ilulissat i Nuuk. Będą one mogły również przyjmować duże samoloty, a lotnisko w Kangerlussuaq ma zostać zamknięte dla ruchu cywilnego. Jestem bardzo ciekawy jak to wpłynie na rynek lotniczy na Grenlandii. Obecnie w Kangerlussuaq należy przesiąść się na mniejsze samoloty, które dowiozą nas do małych miasteczek i wiosek położonych głównie na zachodnim wybrzeżu wyspy. Czasami potrzebne są kolejne przesiadki, w tym na helikoptery. Ot, taka filozofia podróży.
Druga linia – Icelandair lata małymi turbośmigłowymi samolotami z Reykjaviku bezpośrednio do Nuuk, Ilulissat i Kulusuk.
Aby skrócić moją opowieść, napiszę od razu, że ja zawsze latam Air Greenland i nigdy się nie zawiodłem. Z kolei Icelandair bardzo często odwołuje loty na Grenlandię. Z prostego powodu – potrzebują idealnej pogody na lotniskach docelowych, aby wystartować. Nie ma łatwo dostępnych lotnisk zapasowych, a nawet jeśli są, to również muszą być objęte dobrą prognozą pogody. A ta na Grenlandii płata prawdziwe figle. Mgła pojawia się często, nie wiadomo skąd. Podobnie jak silne wiatry.
Jak to może funkcjonować obserwowałem w lipcu tego roku, kiedy to kilku moich znajomych fotografów próbowało się dostać na wyspę, a następnie z niej wylecieć. Icelandair właśnie. Najpierw linia kilka razy odwoływała ich loty z Reykjaviku. Ostatecznie dolecieli na wyspę po 3 dniach czekania w stoi Islandii. Ale bez bagaży, które dotarły po kolejnych 2 dniach. Później nie mogli wylecieć z wyspy przez 5 dni. Ja wyleciałem w piątek Air Greenland, oni mieli lecieć w sobotę, wylecieli … w czwartek. W tym czasie musieli pokrywać koszty noclegów w Ilulissat, które wynoszą circa 250 EUR za nocleg w hotelu. Plus jedzenie. Czy odzyskają te pieniądze? Wątpię, gdyż loty były odwoływane z powodu pogody, a więc nie z winy linii lotniczej. Podróż na wymarzoną wyspę może zatem zakończyć się finansową apokalipsą.
W tym samym czasie Air Greenland normalnie wykonywał swoje operacje. Oni oczywiście też są narażeni na zmieniającą się pogodę. Ale port w Kangerlussuaq ma dużą szansę przyjęcia samolotu ze względu na swoje położenie. A loty do najważniejszych miasteczek Grenlandii z tego portu są krótkie i wystarczy nawet krótkie okno pogodowe, aby polecieć.
Jeżeli zatem planujecie wyprawę na Grenlandię, to polecam Air Greenland.

Leave a reply