Dzisiaj jest Prima Aprilis, ale nikt nie robi żadnej małej głupotki. W sobotę nastąpiła zmiana czasu i wszystko przesunęło się o godzinę. Wschód jest zatem tuż przed 6.00 rano, a nie przed 5.00. Godzina robi różnicę, choć każdy dzień to kilkanaście minut różnicy. Na wschód co prawda nie wstałem, ale krótko po nim byłem już w miasteczku.
Światełko było niczego sobie. Poszedłem na brzeg wyspy. W nocy przywiało lód z morza. I teraz jest bardzo dobrze widoczny. Nadal jest jednak mnóstwo wolnej wody. A olbrzymie góry lodowe widnieją gdzieś tam w oddali. Dużo bym dał, gdyby były dostępne podczas naszej podróży.
Marzy mi się zdjęcie sani we mgle właśnie koło takiej góry. Czy dane mi będzie urzeczywistnić moje marzenie? Miasteczko mam już całkiem dobrze obfotografowane.
Na śniadanie płatki. Wszystkie zespoły dzisiaj ruszają, jest zatem niezły harmider. Każdy robi sobie zapasy wałówki do podgryzania – orzechy, M&M i takie landrynkowate, ciągliwe cukierki. Ja zostaje przy zbitych i przesuszonych crunchie.
O 9.00 jesteśmy już gotowi. Każdy z nas dostaje jeszcze kombinezony na wypadek trudnych warunków. Będzie można na nich siedzieć, co bardzo mi odpowiada – nie chcę bowiem mieć obitego tyłka przez następne pięć dni. Rozpogodziło się i chcemy skorzystać z tej możliwości. Znosimy wszystkie nasze bagaże na dół. Plus całe dodatkowe wyposażenie – jedzenie, garnki, palnik i butlę turystyczną, namioty, karimaty, śpiwory itp. Stos jest tak olbrzymi, że mam wątpliwości czy w ogóle ruszymy. Do tego dochodzi jeszcze kilkadziesiąt kilogramów karmy dla psów i rzeczy samych Inuitów.
Ładujemy to wszystko jakoś na sanie. Na każdych będą dodatkowo trzy osoby. Inuita i dwójka uczestników. Mi przypada przewodnik Rich i Inuita Nannuk, co oznacza niedźwiedź polarny. Młody chłopak, dwadzieścia pięć lat, który niedawno zdobył licencję myśliwską. W zespole jest jeszcze inny młodzieniec – Michel i nieco starszy.
Harmider od psów jest oczywiście przeogromny. Szczekają nie tylko te, które przyjechały ciągnąc sanie, ale rozłożone niedaleko inne psy. Ładujemy się w pół godziny. I wreszcie Rich daje sygnał do startu. Ten jest powolny – nie dziwię się, bo bagaż jest olbrzymi i możliwości psów ograniczone. Na szczęście śnieg jest przewiany i idziemy po dobrej nawierzchni – połączenie lodu i zamarzniętego, kompaktowego śniegu.
Wyglądamy trochę jak obłóczone wielbłądy. Naszym kierowcą jest Nannuk. Co chwila wydziera się na psy wydając różnego rodzaju komendy. Wioska powoli zostaje za nami. Kolorowe budynki dosyć mocno odcinają się od niebieskiego nieba. Po drodze mijamy narciarzy, którzy z saniami szykują się do wyruszenia gdzieś w nieznane. Wczoraj z Mattem dosyć długo omawiali kwestię bezpieczeństwa, transportu rannych itp.
Jedziemy początkowo tą samą drogą co na lodowiec, ale w pewnym momencie skręcamy w prawo kierując się na przełęcz. Kilka razy sanie zakopują się po samą górę. Trzeba wtedy schodzić i pchać albo podnosić. W każdej takiej operacji pomagają oczywiście psy. Jest ich dziesięć i wszystkie są związane do jednego punktu. Dzięki temu idą szerokim wachlarzem, co daje różne możliwości stopowania. Widać jednak, że psy nie do końca mają posłuch u swojego kierowcy. Czasami robią sobie co chcą i za nic mają pokrzykiwania Nannuka.
Zbliżamy się do przełęczy. Nie jest bardzo wysoka, ale mam bardzo duże obciążenie. Musimy zatem zejść, a czasami też trzeba pchać sanie. Powoli pniemy się do góry. Mam wrażenie, że mamy tyle rzeczy, które nie do końca są potrzebne. Pnąc się pod górę, napotykamy po drugiej stronie przełęczy zespół Helen, która prowadziła ekspedycję na zaprzęgach przez ostatnie dwanaście dni. Super sprawa.
Będzie na nas czekała ryba – halibut w naszej bazie. Bardzo ciekawie to wyglądało, jak tak się posuwali w pięć sań. Na każdej z niej jeden Inuita i jeden uczestnik. Otuleni, w goglach. Super taka długa przygoda.
Powoli wspinamy się na górę. O jeździe na saniach nie ma już mowy. Idziemy obok albo je pchamy. Wokół wysokie góry. Dosłownie wszędzie. I mniejsze oraz większe lodowce schodzące z gór. Wszystko w czarno białej tonacji. Tylko my jesteśmy kolorowi.
Po wspięciu się na szczyt przełęczy czeka nas krótki, bo krótki, ale jednak zjazd. O razu przypomina mi się Ilulissat i te zjazdy z naprawdę dużą szybkością. To było naprawdę coś. Tutaj górki są o wiele mniejsze, stąd prędkość mniejsza, choć na saniach mamy naprawdę dużo bagaży. Wszyscy siedzimy na saniach, a kierowca jest z tyłu i od czasu do czasu hamuje.
W Ilulissat ewidentnie czasami sanie chciały wyprzedzać sanie. Tutaj tego nie było. W końcu zjechaliśmy na sam dół i znowu jesteśmy na arktycznym lodzie. I zaczyna się piekło.
Do bazy i schronu mamy jeszcze dziesięć kilometrów i to spokojnie, bo przecież sanie nie jadą prosto, tylko cały czas kluczą zakosami. Śnieg nie jest tutaj tak ubity. Bardzo często zapadamy się po „szyję sań” w mokrą breję. Nogi same zapadają się w tym śniegu i po chwili pojawia się woda. To nie znaczy, że nie ma pod nami lodu. O nie. Lód jest i to gruby, ale jeszcze głębiej. Cieszę się, że na nogach mam swoje arktyczne kalosze. 100% wodoodporne, nie ma ryzyka, że za chwilę będę miał mokro w butach. Inni takiego komfortu niestety nie mają. Harówka jest naprawdę ciężka, ale co zrobić – takie warunki. To, że wieziemy wszystko ze sobą też nie pomaga. Przydałyby się dodatkowe sanie logistyczne z samym bagażem. Wszystkim byłoby lżej. Na szczęście każdego dnia kilogramów będzie ubywać i sanie będą coraz lżejsze.
Wyciąganie sań z tego śniegu jest naprawdę męczące. Po chwili, gdy psy łapią już rytm, to trzeba na te sanie w biegu wskakiwać. I po chwili wszystko zaczyna się od początku. Ewidentnie wiatr tutaj nie wywiał śniegu. Warunki są trudne. Jedynie trzeciemu, starszemu Inuicie jakoś idzie lepiej. Ma jednak więcej doświadczenia w znajdowaniu drogi.
Suniemy po morskim lodzie. Pod nami toń głęboka co najmniej na kilka, kilkanaście metrów. Latem w tym miejscu jest po prostu woda. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. W tej części nie ma wmarzniętych gór lodowych – są bliżej otwartego morza. Mam nadzieje, że kilka olbrzymów spotkamy po drodze. Po lewej stronie ciągną się wysokie góry i ostre szczyty. Wszystko przysypane białym śniegiem. jest doskonale biały – nie widać żadnych zanieczyszczeń. Można go spokojnie jeść jeśli ktoś ma ochotę.
Powoli połykamy kolejne kilometry. Jakby nie patrzeć to podróż saniami jest jednak szybsza od przemieszczania się na swoich własnych nogach. Pomimo problemów psy, jak tylko złapią twardszy śnieg, od razu idą szybko i to pomimo bagażu. Gdyby były silniejsze mrozy i pokrywa śniegu byłaby mocniej zbita, to ta podróż byłaby jeszcze szybsza. Jak szybka – doświadczyłem w Ilullisat, gdzie przecież nie podróżowaliśmy po morskim lodzie.
Wreszcie docieramy do naszej bazy. Jest to solidny namiot postawiony na wzgórzu. Trzeba wszystko wypakować i przenieść na górę. Psy zostają na dole jako obrona przed misiami polarnymi, które co do zasady mogą nadciągnąć znad lodu. Wniesienie tych wszystkich kilogramów i samych sań daje nam w kość. Harują wszyscy. No ale perspektywa gorącego posiłku (świeżo złowiona ryba) wszystkich mobilizuje. Wreszcie wszystko wnieśliśmy na górę i możemy się rozgościć w namiocie. To duży, sztywny namiot, taka beczka. Jest koza, piętrowe łóżka, dużo różnego rodzaju sprzętu. Rich rozpala w kozie i po chwili ciepło zaczyna rozlewać się po namiocie. Można usiąść, wyprostować nogi, wypić gorącą herbatę. Odpoczywamy.
Później biorę drona i trochę latam nad bazą. Muszę oszczędzać baterie, więc lot jest krótki.
Kopiemy toaletę, znakujemy wszystko palikami. Krótki kurs używania flar przeciwko niedźwiedziom. Nie wolno nam się bez nich ruszać i trzeba mieć cały czas głowę dookoła głowy. Tu nie ma żartów.
Niestety Rich nie ma dobrych informacji. Nadciąga kolejny sztorm, który uderzy w nas w nocy. Widać go już na horyzoncie. To oznacza, że będziemy musieli tu spędzić kolejną noc i dopóki sztorm nie przejdzie to nie będziemy mogli ruszyć dalej. Taka kolej rzeczy. Jestem niepocieszony – zakładałem, że każdego dnia będziemy jednak zmieniali miejsca. Trudno.
Wieczorem siedzimy przy gorącej kozie, rozmawiamy, jest nawet jakaś flaszka. Później spać – mam zamiar wstać na wschód. Zachodu nie stwierdzono niestety.



























Leave a reply