Budzę się o 7.00. Mam trochę czasu dla siebie, gdyż samolot do Kulusuk odlatuje dopiero o 11.15. Kąpiel i idę na śniadanie.
Niestety sejf pokojowy jest zbyt mały, żebym mógł w nim zmieścić sprzęt foto, tak więc zabieram cały plecak ze sobą. Jako w pewnym zakresie pesymista zakładam, że podczas mojej nieobecności coś się z plecakiem stanie w pokoju hotelowym. Np. porwą go kosmici albo ktoś z obsługi. A to by oznaczało olbrzymie problemy no i brak zdjęć.
Śniadania w hotelach zachodu, oto prawdziwa ruletka. Nawet w 4/5 gwiazdkowych miejscach można trafić na bardzo słabe śniadanie. A już Skandynawia to często prawdziwa pustynia. Mogliby się nauczyć jak powinno wyglądać śniadanie od warszawskiego Westina. Niestety, w obecnym hotelu było podobnie jak w wielu innych. Jajecznica była z proszku i była niejadalna. Jajka na twardo były przegotowane. Jadalny był tylko bekon – całkiem dobrze wypieczony. Wypiłem dwie filiżanki cienkiej kawy i wróciłem do pokoju.
Zacząłem się pakować. Po 10 minutach zorientowałem się, że nie zabrałem plecaka fotograficznego z sali śniadaniowej. Ogarnął mnie strach. Założyłem buty i wybiegłem z pokoju praktycznie modląc się o to, aby plecak nadal tam był. Wpadłem do sali, rzut oka na mój stolik i – plecaka nie ma. Przerażenie było straszne. Pytam obsługi czy był tu może duży, czarny plecak. Tak, jest na recepcji.
Powietrze ze mnie uszło. Po chwili szczęśliwy trzymam go w swoich rękach i idę do pokoju. Oczywiście niczego nie brakuje. Kończę pakowanie. Postanawiam jednak lecieć w dużych trekkingowych butach i ciuchach trekkingowych. Nie wiem, czy warunki na lotnisku pozwolą mi się przebrać, a będziemy iść około 30 minut w śniegu. Ubieram się, kończę pakowanie. Podładowuję baterię i schodzę na dół. Proszę recepcję o załatwienie taksówki. Spotykam Peoko, który mnie wczoraj obsługiwał. Rozmawiamy troch. Życzy mi dobrego czasu na Grenlandii.
Taksówka podjeżdża po kilku minutach. Pan z tych niegadatliwych. Pyta się jedynie gdzie lecę. Grenlandia nie robi na nim wrażenia. Po kilku minutach jestem już na lotnisku. W zasadzie leży w samym mieście podobnie jak w przypadku Poznania. Lotnisko z tych małych. Lotów nie ma dużo. Dzisiaj odbędą się 4 – 3 w ramach Islandii, jeden do Kulusuk. Właśnie trwa odprawa na drugi koniec Islandii.
Idę sobie na kawę do małej kawiarni. Kawa z dolewką i jedno ciastko z białą czekoladą. Powoli lotnisko zaczyna się zapełniać. Głównie ludzie starsi ode mnie, wielu z nartami. Staram się rozpoznać kogoś z mojej ekipy. Ma nas być 5 razem ze mną, tak więc naprawdę niewielka ekipa. Wołają do odprawy. Po chwili mój duży bagaż znika w wielkiej paszczy systemu zarządzania bagażem na lotnisku, a jestem szczęśliwym posiadaczem miejsca przy oknie.
Poczekalnia jest bardzo mała i szybko się zapełnia. Security jest, ale takie ogólne bardzo. Jest też mały sklep bezcłowy. Kupuję sobie dużo czekolady na cały tydzień. Powinno wystarczyć. Mam zamiar się bardzo zmęczyć podczas całego wyjazdu. Jest mi to bardzo potrzebne.
Rzucam okiem na ostatnią prognozę pogody. W niedzielę mają być silne wiatry, co może oznaczać, że nie ruszymy tego dnia. Jeszcze silniejsze wiatry mają być w środę. Ale wtedy zapewne będziemy gdzieś na lodzie w namiotach albo w jakiejś chacie. Ogólnie lekki mróz i jeden dzień ze słońcem. Słabo to wygląda.
Wreszcie wołają nas do samolotu – Bombardiera Q200. Mniejszy odpowiednik tego z Poznania do Warszawy. Odporny na boczne wiatry, co jest kluczowe przy lotach na Grenlandię. Samolot jest prawie pełen. Grenlandczyków w zasadzie nie ma. Sami obcokrajowcy.
Po kilkunastu minutach grzania silników ruszamy na Grenlandię. Widocznie widoczność jest na tyle dobra, aby lądować w Kulusuk. Lot ma trwać około 2 h. Bardzo szybko się wznosimy ponad chmury i już nic nie widać.
Wcześniej w poczekalni staram się ogarnąć kto jest w naszym teamie. Stawiam na czwórkę Anglików – lekko powyżej 50 lat. Trzy kobiety i jeden mężczyzna. Bbardzo weseli.
W samolocie czytam Kindla i słucham muzyki. Czas płynie bardzo wolno. Dostajemy rogalika z szynką i serem i coś ciepłego do picia. Samolot na chwilę się ożywia, a później ponownie zapada cisza. Zaczynamy schodzenie. Stewardesa jest… Afroamerykanką. Ma ciemną, czekoladową skórę. Jeden z gości zapytuje ją, czy pochodzi stąd, z Islandii. Potwierdza, przyjechała tutaj mając dwanaście lat i płynnie mówi po islandzku.
Przebijamy się przez chmury. Widać czarną taflę wody. Po chwili pojawia się lód pakowy, znowu czarna woda, pojedyncze skały, małe wyspy. Lecimy już bardzo nisko. Widać wioskę i kolorowe, rozrzucone domki. Po chwili dotykamy kołami pasu startowego. Witamy na Grenlandii. Wszędzie widać ośnieżone szczyty. Mnóstwo śniegu. Wychodzę z samolotu. Powietrze jest rześkie, lekki minus. Pas startowy odśnieżony do czystego asfaltu. Robię kilka pamiątkowych zdjęć. Jestem ciekawy co przyniesie kilka kolejnych dni. Czy będę zadowolony? Właśnie zacząłem pisać ten rozdział.
Wchodzimy do terminalu. Kłębi się tam tłum, bo na nasz samolot czeka mnóstwo ludzi. Za chwilę ma również przylecieć samolot z Nuuk. Poznaję Richa i Matta z – naszych przewodników. Wychodzę na zewnątrz budynku, gdzie poznaję resztę załogi – tak jak myślałem jest to ta czwórka Anglików. Poznajemy się. Wymieniamy pierwsze uściski. Po chwili przyjeżdża nasz bagaż – jest rzucony do spycharki. Cieszę się, że jest i nie będzie żadnego problemu. Nasz bagaż pojedzie do lodgy na skuterze, a nas czeka dodatkowa przechadzka do miasteczka.
Lotnisko jest położone około trzy kilometry od miasteczka, na jednym, w miarę płaskim terenie. Droga wije się wśród wzgórz. Rich niesie ze sobą karabin, bo to jest już królestwo niedźwiedzia polarnego. Jednego z nich myśliwi zabili cztery dni temu na lądzie – jakiś kilometr od miejsca, w którym się znajdujemy. Oczy mam zatem otwarte i dookoła głowy.
Mijamy w oddali hotel Kulusuk. Został wybudowany na totalnym odludziu przez bogatego Duńczyka. Wiele osób przylatuje tutaj na jeden dzień jako stopover w drodze do USA/Europy. I mają Grenlandię zaliczoną. Z hotelu nie pójdzie się nawet samemu do wioski, bo niedźwiedzie straszą.
Po wejściu na kolejne wzgórze widzimy wioskę Kulusuk w całej okazałości. Domki są porozrzucane po wzgórzach. Każdy z nich ma jakiś kolor. Dużo jest porzuconych – widać to na pierwszy rzut oka. Po kilku minutach docieramy do granic wioski. Idziemy po lodzie. Przychodzimy bowiem od strony wody i portu. Lodge na tle budynków wyróżnia się – widać, że o nią dbają, jest pomalowana na pomarańczowy kolor i jest chyba największym budynkiem niepublicznym w wiosce. Dzisiaj będzie bardzo dużo ludzi w lodgy, bo pewnie cały samolot to klienci – duża część przyjechała na narty i eksplorację.
Anglicy mówią takim angielskim, że w wielu przypadkach mało co rozumiem. Widać, że są bardzo zaprzyjaźnieni, co stawia mnie trochę na uboczu. Nie przeszkadza mi to zbytnio, ale zastanawiam się jak będą reagować na trudne warunki. Nie wyglądają na takich co lubią zimno i niewygody.
Lodga jest naprawdę zadbana. Widać, że włożono w nią wiele wysiłku. Została znacznie rozbudowana rok wcześniej. Pojawiła się nawet toaleta ze spłuczką, co jest niezwykłe dla wioski. Naprawdę żyją tutaj bardzo surowo. Jedynie niektóre domy w wiosce mają toaletę z prawdziwego zdarzenia. Nadal żyje się tutaj w bardzo prymitywnych warunkach, co może zaskakiwać. Ale trzeba pamiętać, że wszystko tutaj trzeba sprowadzać statkiem lub samolotem, a warunki budowlane są naprawdę trudne – w zasadzie nie ma możliwości wgryzienia się w glebę. Wszystko idzie po ziemi. Dostajemy pokój na górze, Wszyscy będziemy spać w jednym pokoju. Pięć materacy. Dobrze, że nie łóżka piętrowe, bo już nie lubię spać na górze. Wyspałem się za wszystkie czasy na piętrowym łóżku jak byłem młodszy.
Omawiamy plany na dzisiejszy dnień i resztę pobytu. Wszystko dyktuje tutaj pogoda i nie ma zmiłuj się. Kwestie logistyczne rosną tutaj wykładniczo do odległości, w której się znajdujesz. Nie jest łatwo dostać się z punktu A do punktu B. Więc dzisiaj pojedziemy saniami do czoła lodowca na wyspie. To jest około dziesięć kilometrów w jedną stronę. Niestety w niedzielę ma przyjść sztorm z silnym wiatrem, co eliminuje nas z podróży. Kolejne dni wyglądają już lepiej z wyróżniającą się środą – ma wiać jeszcze silniej. Będziemy to mieli gdzieś przeczekać.
Jemy lunch – różnego rodzaju przysmaki, tortille, dużo gorącej herbaty. Grupa narciarzy to przede wszystkim Niemcy, ale jest też Szwajcar i Brazylijczyk. Po lunchu schodzimy na lód. Po chwili przyjeżdżają sanie. Jestem trochę zaskoczony, bo na każdej z nich jest po trzy osoby plus Inuita kierujący psami. Cztery osoby wydają mi się za dużo. Mocno to ogranicza komfort podróżowania. Dowiaduję się, że podczas podróży będziemy podróżować po dwie osoby, sprzęt plus Inuita.
Patrząc na sanie i psy przypomina mi się Ilulissat, tam jednak sanie były krótsze, a psy wydawały się silniejsze. A przynajmniej nie takie młode. Po krótkim przeszkoleniu ruszamy. Od czasu do czasu zza chmur pojawia się słońce. Krajobraz jest przepiękny. Jedziemy na lodzie morskim, od czasu do czasu mijamy małe kawałki lodu wmrożone w lód. Dużych gór lodowych nie ma w tej części wyspy. Lód jest zmrożony i ma dobry poślizg. Sanie suną gładko.
Zaczynamy zbliżać się do gór, zza kolejnego zakrętu wyłania się lodowiec i jego czoło. Jest wściekle niebieskie. Wieje lekki wiatr. Jestem jednak odpowiednio ubrany i nie czuję zimna. Oczywiście z takim obciążeniem psy nie przeciągną sań z dużą szybkością. Nie będzie zatem tego poczucia wiatru we włosach, który miałem w Kulusuk. Szkoda. Trochę na to liczyłem.
Im bliżej lodowca, tym lód staje się gorszy. Ewidentnie pod warstwą śniegu jest taki zmoczony śnieg. Sanie kilka razy wpadają po sam czubek w taki śnieg i trzeba je z niego wyciągać. Ważą chyba z tonę oblepione tym mokrym śniegiem. Docieramy w końcu do czoła lodowca. Jest niebieskie i widać jego potęgę, a to przecież nie jest jakiś duży lodowiec. Schodzi z okolicznych gór i ma bardzo lokalny charakter. Za piętnaście lat pewnie już go nie będzie. Stajemy saniami w pewnym oddaleniu. Po chwili namawiam Richa, abyśmy podeszli bliżej. Może nie do samego czoło, bo to jest jednak zbyt niebezpieczne, ale przynajmniej te kilkadziesiąt metrów.
Pogoda się zmienia. Zza chmur wychodzi słońce i od czasu do czasu oświetla okoliczne szczyty pokryte śniegiem. Robią się ładne scenerie. Wyszukuję coś na pierwszy plan i wychodzą nawet ciekawe zdjęcia. Rozmawiam z Anglikami. Uzyskuję ich zgodę na ich fotografowanie bez upubliczniania ich wizerunków. Proszę też, aby oni również zrobili mi zdjęcia.
Po kilkudziesięciu minutach postanawiamy wracać. Sanie znowu się zapadają, a świadomość jak jest tutaj warstwowo ułożone podłoże nie pomaga. Jak spadnie śnieg, to zaczyna działać jako doskonały izolator i to, co jest pod nim zaczyna się topić. W konsekwencji powstaje taka śniegowa breja, w którą teraz co chwilę zapadają się sanie. Wyjeżdżamy w końcu na mocniejszą nawierzchnię i sanie idą już równo. Ale prędkości tutaj nie będzie. Nie z takim obciążeniem sań. To się nie może udać.
Wracamy do lodgy. Za nami dwadzieścia kilometrów na saniach. Strasznie boli mnie tyłek, bo siedziałem na deskach bez żadnego dodatkowego siedziska. Muszę zadbać o to, aby podłożyć coś pod tyłek jak ruszymy. W lodgy jest mnóstwo ludzi. To ekipa z zespołu narciarzy. Przyjechali z lotniska na nartach, dlatego do samolotu wsiedli w butach narciarskich. Też wszyscy starsi ode mnie, to widać na pierwszy rzut oka. Niektórzy się znają, niektórzy nie.
Zostało jeszcze trochę czasu do kolacji. Siadam zatem na swoim łóżku i przygotowuję rzeczy. Tego, co nie muszę, nie zamierzam zabierać. Każdy kilogram to dodatkowe obciążenie dla psów i sanie głębiej w lodzie czy śniegu.
Idę na wioskę. Słońce już zaszło, ale to mnie nie zniechęca. Aparat w dłoń i na zewnątrz. Wioska jest kompletnie opustoszała. Nie ma nikogo. I jedynie coraz silniejszy wiatr hula między budynkami.
Po kolacji mamy odprawę. Niestety pogoda nie będzie dla nas łaskawa. Jutro ma przyjść krótki, ale bardzo gwałtowny sztorm. To w zasadzie wyklucza wyjazd, bo warunki będą mniej niż niesprzyjające. Wyruszymy zatem w poniedziałek, a niedzielę spędzimy w lodgy. Wtorek wygląda ok, ale w środę ma przyjść jeszcze mocniejszy sztorm – będziemy musieli przeczekać go gdzieś na miejscu schowani w namiotach i za dużym murem ze śniegu. Czwartek ma być słoneczny, podobnie jak piątek. Na to wszystko nakłada się jeszcze sytuacja lodowa. Nie jest super i ogólnie warunki są trudne. Ale jest szansa, że dotrzemy do trzeciej chaty myśliwskiej, tam przeczekamy sztorm i będziemy wracać. To nadal dużo kilometrów po morskim lodzie. Mam nadzieję, że światło nam dopisze i będą dobre warunki na zdjęcia.
Po kolacji siadamy jeszcze w salonie, z którego rozciąga się wspaniały widok na zamarzniętą zatokę. Jak rozbudowywali lodge, to lokalni mówili, że okna tutaj być nie może, bo właśnie z tego kierunku wieje wiatr. Widok był wart jednak dodatkowego uszczelnienia. Wyszło super. Jest dużo ważnych książek o Arktyce i wysokich górach. Można się zaczytać z kubkiem kawy. Prawie jak na werandzie.
Trzeba iść spać. Dzień obfitował w liczne wydarzenia. Najważniejsze, że dotarłem na Grenlandię o wyznaczonym czasie. Cieszę się na kolejne dni, nawet jeśli pogoda nie zapowiada się na super fotograficzną.




























Leave a reply