Budzę się przed 7 rano. Szybki prysznic i idę na śniadanie. Znowu nie za bardzo jest z czego wybierać.
Po śniadaniu pakuję się, czytam jeszcze przez chwilę książkę i postanawiam jednak trochę wcześniej wyjechać na lotnisko. Wolę już być na miejscu i czekać na samolot niż później wyjechać i nie daj Boże się spieszyć.
Droga przebiega bez problemu, choć natężenie ruchu jest znaczne. Z łatwością znajduję Mc Parking, na którym zostawiam samochód. Parking jest prawie cały zajęty, więc muszę jechać aż na sam koniec olbrzymiego pola. Lotnisko jest tuż za płotem. Kilka minut czekam na busa i po chwili jestem już na lotnisku. Mój samolot odlatuje z terminalu C, więc biorę wózek i jadę chwilę, aby dotrzeć do terminalu. Lotnisko jest małe i widać, że powoli nie daje rady z obsługą ruchu. A nie wiadomo, kiedy otworzą główne lotnisko Berlina.
Check in będzie otwarty dopiero za godzinę. Kupuję kawę i oczywiście wyciągam Kindla. Z książką czas się nie dłuży. Po godzinie stoję już w kolejce do odprawy. Bagaż pięknie się mieści w limicie. Tak się spakowałem, że duże buty trekkingowe mogły lecieć w bagażu głównym. To bardzo wygodne rozwiązanie. Na security to, co zawsze. Kontrola bagażu szczegółowo. Pani nie może uwierzyć, że to coś dużego z niewielkim wyświetlaczem, to telefon satelitarny. No nie wygląda na smartfona – to fakt. Jeszcze małe zakupy w sklepie. Potrzebowałem nowy krem do twarzy i siadam sobie przy (>>>) str 8. Jest jeszcze trochę czasu, który oczywiście spędzam z Kindlem i książką.
Wreszcie jest otwarty boarding i po chwili jestem już w samolocie. Jest chyba wypełniony po brzegi i nie ma ani jednego miejsca wolnego. Efekt upadku WOW zapewne. Personel ma wyraz twarzy taki, jakby skazali ich na tę pracę. WOW zapewniał jednak inną atmosferę. Startujemy o czasie i tak zaczyna się moja właściwa przygoda.
Nie ma nic szczególnego do jedzenia w pokładowym menu, więc zostaję przy kawie. Zamierzam iść na dobrą kolację w Rejkiawiku. Lot przebiega bez zakłóceń. W pewnym momencie widać już brzegi Islandii. Nadlatujemy gdzieś na wysokości laguny, więc mam piękne widoki na lodowce i góry. To ważne, bo planuję przecież zimową wyprawę po górach i lodowcach Islandii. Z powietrza droga wygląda na prostą i dostępną, ale zapewne taka nie będzie.
Po kilkunastu minutach lądujemy na lotnisku w Rejkiawiku. Już po chwili jestem przy pasie z bagażem i mój bagaż wyjeżdża właśnie na taśmie. Czyli wszystko gra. Oddycham z ulgą. Zagubienie bagażu w drodze na jest zawsze kłopotliwe, tym bardziej że mam tam wszystkie moje ekspedycyjne rzeczy. Wszystko zatem idzie tak, jak miało iść.
Idę na stoisko Flybus i kupuję bilet do stolicy. Pomimo tego, że to mój 7 przyjazd na Islandię, to nigdy jeszcze nie korzystałem z autobusu, aby dostać się do stolicy. Zawsze wypożyczałem samochód i jechałem od razu do miejsca przeznaczenia. Trochę czekam, aż autobus się zapełni. System jest taki, że najpierw się jedzie do dworca, a następnie małe busy rozwożą pasażerów do ich hoteli. Niedawno wprowadzono bowiem zakaz jazdy autobusów po głównych ulicach stolicy. Nie dziwi to, gdyż niektóre z nich są naprawdę wąskie.
Na moje szczęście mój zmieniony hotel znajduje się tuż poza strefą zakazu, choć nadal na głównej ulicy. Nie muszę nigdzie zatem wychodzić. Sam transfer trwa ponad godzinę. Główne lotnisko jest jednak bardzo daleko od stolicy.
W końcu docieram. Hotel jest nowy i w nowoczesnym stylu. Obsługuje mnie Peoko– zresztą mnóstwo osób obsługi to ewidentnie Hiszpanie. Peoko jest bardzo miły i dostaję gratis saunę. Niestety jest już bardzo późno – prawie 17.30, więc nie ma szans na skorzystanie.
Pokój jest dwuosobowy, ale z tych mniejszych. Łazienka jest w sumie otwarta w samym pokoju. Jedynie toaleta i prysznic są w odrębnym pomieszczeniu. Odświeżam się, dzwonię do domu zameldować, że dotarłem. Jestem mega głodny. Odpalam zatem Googla w poszukiwaniu dobrej restauracji. Po chwili wiem, że będę jadł w Ostabúðin.
Leżę sobie jeszcze w łóżku, czytam Kindla i odpoczywam po podróży. Trochę mi to zajęło. Ale cieszę się, że dotarłem i będę mógł się skupić na czekającym mnie zadaniu. Przed 19 ruszam do restauracji na kolację. Jest zimno, wieje zimny i nieprzyjemny wiatr. Widać turystów poszukujących miejsca, aby zjeść i wypić. Po kilkunastu minutach dopieram do restauracji. Miło było zobaczyć miejsca, które niedawno odwiedziłem z Rodziną. Przechodziłem nawet koło naszego hotelu. W restauracji jedynie kilka stolików wolnych. Kilku lokalsów – co dobrze wróży. No i krótka karta, co jeszcze lepiej wróży. Ależ jestem głodny.
Postanawiam zaszaleć, choć wiem, że będę tego bardzo żałował wieczorem. Na przystawkę zamawiam deskę islandzkich serów. Później łososia, a na główne arctic char w pure z ziemniakami i kalafiorem. Do tego nowozelandzkie sauvignon blanc. Obsługuje mnie wytatuowany kelner z brodą oczywiście. Tak na oko w moim wieku.
Sery – dokładnie trzy – okazują się przepyszne, szczególnie w połączeniu z różnymi dodatkami. Łosoś bije sery na głowę. Ale arctic char z chrupiącą skórką i przepysznym pure jest wręcz epicki. Och, jakże wspaniale ucztować z takim jedzeniem. Restauracja od razu trafiła do ulubionych na moim koncie Google.
Jedzenie jest z tych, które się kontempluje, więc w restauracji siedzę prawie 2 h. Bardzo żałuję, że nie ma tutaj ze mną Ani – lubię te nasze wspólne kolacje i rozmowy o życiu.
Wreszcie przychodzi czas pożegnać się z restauracją i wrócić do hotelu.
Powoli wracam do hotelu. Pomimo zimna i nieprzyjemnej aury spotykam faceta w krótkich spodenkach, a drugiego w przykrótkich spodniach bez skarpet. Zapewne musi być im zimno i to mówię ja – człowiek, który zimnu się nie kłania.
W hotelu prysznic, trochę książki – skończyłem kolejną od momentu wyjazdu z Poznania i spać. Jestem zmęczony dzisiejszym dniem, ale szczęśliwy, że dotarłem na miejsce i jutro czeka mnie tylko skok przez cieśninę duńską. Jutro zobaczę Grenlandię. Po raz trzeci w moim życiu.



Leave a reply