Budzik wyrywa mnie ze snu. 6.00 rano. Trzeba wstawać. Jeszcze rzut oka na telefon. Jakiś sms. Fuck. O 4.00 rano WOW informuje, że lot na Islandię został skasowany. Fuck! Jak się teraz dostanę. Ciśnienie mi podskoczyło gwałtownie. Przed oczami stanęła mi wizja odwołanego udziału. Jeśli nie dostanę się na Islandię do jutra, to mój samolot na Grenlandię odleci beze mnie.
Ok. Weź się w garść. Patrzę na stronę www wow – informują, że odwołane są loty tylko dzisiaj. Czyli może jutro polecę. Postanawiam zatem kupić bilet na jutro rano, nie czekając na to, że sami mi przebookują. I proszę o zwrot wcześniejszego biletu. Ale coś mnie tknęło i sprawdziłem informację w sieci. Po kilku minutach już wiem, że WOW upadł i nie poleci żadne dalszy samolot. Ani jutro, ani pojutrze. To cholerni dranie cały czas sprzedają bilety.
Patrzę na inne opcje – mógłbym wrócić do Poznania, wziąć samolot do Kopenhagi, przesiąść się tam do Rejkiawiku. Będę o 23.00 jeszcze dzisiaj. Ale jak nie zdążę, to utknę w Kopenhadze. Niestety nie ma już biletów na Icelandair dzisiaj. Pewnie ci, co obudzili się wcześniej niż ja je wykupili. Po analizie wszystkich za i przeciw kupuję bilet na Icelandair na jutro. Godzina 13.05 z Berlin Tegel. Będę musiał zmienić lotnisko, ale to nie problem. Po kilku minutach bilet mam już kupiony. Kosztował 2x więcej niż bilet WOW. Tutaj będę oczywiście żądał zwrotu pieniędzy – za wszystko płacę kartą, więc jest szansa, że pieniądze zwróci mi wystawca karty.
Zawsze przy łączonej podróży zakładam dzień pracy na miejscu. Nigdy nie musiałem z tego skorzystać, aż do teraz. Ten dzień przerwy na Islandii uratuje moją podróż na Grenlandię.
Dzwonię do domu przekazać wieści. Jeszcze tylko muszę pozmieniać swoje rezerwacje – parking na inny, autobus z lotniska w Rejkiawiku i hotel. Z hotelem śmieszna sprawa – na Islandii miał się odbyć strajk pracowników hoteli i kierowców autobusów. Strasznie miało to utrudnić przemieszczanie się. Hotel mnie poinformował, że przesuwa mnie do innego hotelu na tej samej ulicy i dostanę upgrade. Nie ma problemu. Teraz muszę ich jednak poinformować, że przylecę dzień później i żeby trzymali dla mnie ten pokój.
Po szałowym rozpoczęciu dnia biorę prysznic i idę na śniadanie. Nie jest warte tych 15 EUR. Jajecznica z proszku, żadnej alternatywy. Jako że mi się nigdzie nie spieszy, piję kawę i rozmyślam. Jestem spięty i mam wielką nadzieję, że Icelandair poleci, a ja dostanę się na Islandię. Nie chciałbym skończyć swojej wyprawy w Berlinie. Po długim śniadaniu przedłużam swój pobyt w hotelu. Kolejne 100 euro wydane. Co prawda WOW będzie zobowiązany te pieniądze zwrócić, ale szanse na to są w zasadzie żadne. Czytam też, że jest to (a raczej była) linia z najgorszym serwisem, jeśli chodzi o zwrot pieniędzy za odwołane loty. Pewnie powinni skończyć wcześniej.
Czas zrobić coś z czasem, który mam do spędzenia w Berlinie. Krótko szukam w Internecie i już wiem. Pojadę do Muzeum Żydów. Ok. 30 minut jazdy. Zabieram swój fotograficzny plecak, z którym nigdy się nie rozstaję i o 11.00 ruszam do muzeum. Dojazd jest łatwy. Prawie cały czas dwupasmówką, jedynie ostatnie kilometry muszę pokonać po miejskich drogach. Dobrze, ze samochód wyposażyłem wcześniej w naklejkę sektory 4.
Na miejscu jest niewielki parking – o dziwo jest kilka wolnych miejsc. Oczywiście jest problem z zapłatą. Nie mam tylu monet, a kartą można zapłacić – ale nie kredytową. Nikt nie ma rozmienić. Idę zatem do kafejki, gdzie udaje mi się zmienić bez problemu. Idę do muzeum. Daje sobie 3 h na zwiedzenie muzeum. To połączenie starego pałacu i nowoczesnego budynku zaprojektowanego przez Daniela Libeskinda. Security przechodzę bez problemu.
Pozwalają mi chodzić z plecakiem o ile będę go nosił z przodu. Nie jest to wygodne, ale jakoś daję radę. Muzeum mnie nie zachwyciło – poza pomieszczeniami Void. Te należy bezwzględnie odwiedzić i trochę w nich pobyć. Zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie. Sama wystawa o prześladowanych jest moim zdaniem więcej niż skromna. Spodziewałem się o wiele więcej. Nasze warszawskie muzeum jest o wiele ciekawsze. Ale Void – to trzeba zobaczyć i poczuć. Miałem te miejsca przez chwilę dla siebie, co tylko potęgowało uczucia.
Jem kanapkę w muzealnej kawiarni i ruszam z powrotem do hotelu. Kolejne godziny spędzam czytając książkę na Kindlu. Jeszcze kolacja wieczorem. Tym razem klubowy sandwich i idę spać. Jutro się wszystko okaże. Mam nadzieję, że samolot poleci, tak jak jest to zaplanowane.


Leave a reply